Pomiędzy Górą Św. Anny, Wieruszowem i Jasną Górą Drukuj
Wpisany przez Beata   
czwartek, 29 sierpnia 2013 12:56

W wigilię Uroczystości Matki Bożej Częstochowskiej powróciłem z Góry Świętej Anny do Wieruszowa. Mój umysł wypełniony został tak wielką ilością myśli, wątków i refleksji, że wystarczyłyby na kilka felietonów.

 

Jednakże pisząc dzisiaj homilię na wieczorną Mszę św., w pewnym momencie zacząłem równocześnie myśleć o trzech świętych miejscach, o sanktuarium na Górze św. Anny, gdzie Matka Maryi trzyma w objęciach swoją Córeczkę Miriam i Jej Syna – Jezusa, o Jasnej Górze skąd Maryja spogląda ze smutkiem na całą Zachodnią i Wschodnią Europę z jej problemami, rozgląda się też z niepokojem po Polsce, ale i z nadzieją patrzy na liczne pielgrzymie szlaki i tysiące utrudzonych pątników; wreszcie zacząłem też myśleć o Sanktuarium Miłosiernego Jezusa Pięciorańskiego w Wieruszowie, gdzie Zbawiciel o umęczonej, ale pełnej miłości twarzy patrzy na każdego człowieka, który staje przed Nim i zanurza się w tajemnicy Jego Miłosiernej Miłości promieniującej z cudownego oblicza.

 

 

Przyszła też myśl, by spojrzeć na mapę. Mój geograficzny zmysł każe mi zawsze postrzegać przestrzeń nie tylko, jako twór geometryczno-topograficzny, ale przede wszystkim, jako świętą przestrzeń – dzieło Boga. Trzy święte miejsca, wyżej wymienione, tworzą równoboczny trójkąt. Dwa wizerunki Jezusa, dwa wizerunki Maryi i wizerunek św. Anny, zamykają wyrazistą, trójboczną, świętą przestrzeń. Zadziwiający układ. Góra św. Anny przypomina narodziny Maryi oraz narodziny Jezusa - początek wielkich, zbawczych wydarzeń. W sanktuarium Wieruszowskim Jezus Pięciorański jest smutny, bo wielu z nas zamiast zaufać Mu i przytulić się do Jego serca z miłością i nadzieją, to wciąż z lękiem zadaje pytanie: „Czy ja będę zbawiony?” A przecież On już nas zbawił, pozwolił, by nasze grzechy wraz z Nim zawisły na krzyżu. Wciąż jednak nie umiemy odpowiedzieć nawet samym sobie na pytanie, czy zdecydowaliśmy się przyjąć podarowane nam zbawienie tak na serio i do końca? W trzecim świętym miejscu – na Jasnej Górze – Maryja wciąż trwa, ale czy my wierzymy, że Ona pragnie się obficie podzielić z nami pełnią łask, którymi obdarował Ją Ojciec Niebieski? Czy wierzymy, że Ona jest w stanie uprosić Ducha Świętego, aby przemienił oblicze Europy i naszej polskiej ziemi, gdybyśmy tylko wraz z Nią zechcieli trwać na wielkiej, przebłagalnej modlitwie serca?

 

 

Przez 7 dni na Górze Św. Anny uczestniczyłem w rekolekcjach wspólnoty charyzmatycznej „Nowe Jeruzalem” z kościoła św. Katarzyny z Krakowa. 300 osób - uczestników rekolekcji, utworzyło niezwykłą wspólnotę otwartych serc, pokoju, uśmiechu i miłości. Przynajmniej połowę przyjaciół Jezusa stanowiły dzieci i młodzież w różnym wieku. Bazaltowa góra św. Anny (408 m npm.), to pozostałość trzeciorzędowego wulkanizmu. Uwielbieniowe spotkania, odbywające się każdego dnia miały w sobie tyle Bożej mocy, że wypływy (erupcje) bazaltowej lawy sprzed kilkudziesięciu milionów lat były chyba znacznie spokojniejsze. Może te modlitwy uwielbiające Boga wystarczą, by Duch Święty zmienił oblicze polskiej ziemi, a może i całej Europy?

 

 

Doświadczenie bycia razem ze wspólnotą „Nowe Jeruzalem” było wydarzeniem nasyconym obecnością Jezusa i Ducha Świętego o wielkiej intensywności. Pierwszy raz otrzymałem od Boga taki niezwykły prezent uczestnictwa we wspólnocie miłości, pokazujący, że autentyczna relacja człowieka z Bogiem jest zawsze piękną, radosną, ufną, ożywiającą i przemieniającą. Był to czas Bożej łaski, która strumieniami i w obfitości wypływała z Bożego Serca wypełniając serca uczestników rekolekcji nie tylko radością, modlitwą, Bożą mocą i miłością, ale także oczyszczając i uzdrawiając zranienia i choroby ducha oraz ciała.

 

 

Rekolekcje w pewnym sensie były powrotem do serca. Powrót do serca, to powrót do nas samych. Powrót do nas samych jest początkiem powrotu do Boga. Wejście do własnego serca oznacza skupienie, ciszę w nas i wokół nas. Głos Boga jest wciąż zagrożony rozmaitymi hałasami tego świata. Św. Augustyn zachęca byśmy zamieszkali w swoim sercu: „Wejdź w serce, a stamtąd do Boga…. Wzruszasz się rzeczami będącymi poza tobą i gubisz się. Ty jesteś wewnątrz, one leżą na zewnątrz. Dobra są na zewnątrz... Złoto, srebro, wszelki pieniądz, suknia, znajomości, rodzina, bydło, zaszczyty – na zewnątrz są”.

 

 

„Wejdź w serce, a stamtąd do Boga”. Modlitwa jest sprawą serca. W naszym sercu powinniśmy się zwracać do Boga. Trzeba, zatem wejść do naszego serca, ażeby się pomodlić. Modlitwa jest wołaniem do Boga. Mówi również św. Augustyn: „Woła się Boga nie głosem, ale sercem. Wielu nie poruszając wargami woła sercem, wielu czyniąc hałas wargami, mając serce odwrócone od Boga niczego nie potrafi wyprosić. Jeżeli więc wołasz, wołaj wewnętrznie, gdzie Bóg słyszy”.

 

 

Nasze serce zawsze jest skierowane na Boga, ku Bogu. Ową orientację św. Augustyn nazywa miłością, pragnieniem, ciążeniem serca. Kiedy miłość wygasa, serce zamiera i przestaje szukać Boga. „Stworzyłeś nas, bowiem jako skierowanych ku Tobie. I niespokojne jest nasze serce, dopóki w Tobie nie spocznie. Ciebie świadomie czy nieświadomie miłuje wszystko, co zdolne jest do miłości” (znowu św. Augustyn!). Wyrazem miłości jest modlitwa.

 

Niezwykłe rekolekcje na Górze Św. Anny kazały mi sięgnąć myślą do św. Augustyna, bo odkryłem jak mi jest bliski i jak potrzebny we współczesnej epoce wykrzywionej cywilizacji.

 

 

 

 

 

 

 

Na tym kończę bieżące i niedokończone refleksje z Góry św. Anny i z niezwykłego trójkąta Bożej miłości. Pozdrawiam serdecznie wszystkich i błogosławię wciąż zamyślony i nierozumiejący do końca, co mi się przydarzyło w ostatnim, błogosławionym czasie.

 

 

 

O. Ludwik

 

 

 

Wieruszów, 26 sierpnia 2013 r.

 

 

 

 

 

 

 

Poprawiony: czwartek, 29 sierpnia 2013 13:40