Czuwajcie i módlcie się w każdym czasie Drukuj
Wpisany przez Beata   
piątek, 14 grudnia 2012 16:05

Minęły już trzy tygodnie od ostatniego felietonu. W międzyczasie zmienił się krajobraz nad Prosną. Drzewa pozbawione liści, szare niebo i zaszronione łąki przypominają, że już jesień zmierza do swojego kresu, aby ustąpić miejsca zimie. I śnieg delikatnie otulił pola, a w mroźne bezchmurne noce wytrąciły się kryształy szadzi na bezlistnych gałęziach drzew i krzewów nadrzecznych. W kościele krajobraz też się zmienił - na adwentowy.

 

Apokaliptyczne teksty o końcu czasu i świata w czytaniach mszalnych każą zadumać się nad losem człowieka, jego przeznaczeniem i wyborami, w oczekiwaniu na ostateczne przyjście Chrystusa w mocy i chwale. Bo to już drugi tydzień adwentu – czuwajcie, przyjdzie na pewno, czas jest krótki… Słowa Jezusa mocno brzmią w głębi serca i wyobraźni: „Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu, w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte….. Uważajcie na siebie, aby wasze serca nie były ociężałe wskutek obżarstwa, pijaństwa i trosk doczesnych, żeby ten dzień nie przypadł na was znienacka, jak potrzask. Przyjdzie on bowiem na wszystkich, którzy mieszkają na całej ziemi. Czuwajcie więc i módlcie się w każdym czasie” (Łk 21).

 

Czy wierzymy Jego słowom? Może wolimy myśleć jedynie o choince, wigilii, kolędach, Bożym Narodzeniu, które miało miejsce dwa tysiące lat temu i co roku je wspominamy? Lękamy się wciąż trudnych znaków na niebie i na ziemi, towarzyszących zapowiedzianej paruzji? Lękamy się, chociaż Jezus mówi słowami św. Łukasza: „A gdy się to dziać zacznie, nabierzcie ducha i podnieście głowy, ponieważ zbliża się wasze odkupienie”.

 

Pięciodniowym rekolekcjom adwentowym w Wyszanowie, które dwa dni temu zakończyłem, towarzyszyło mi ewangeliczne wezwanie: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!” (Mk 1,15I i niezliczone pytania, jakie stają przed każdym z nas na drodze do Boga. Bo nasza życiowa pielgrzymka, to droga do Boga. Jeśli nie uznamy tej prawdy, to nasze życie utraci sens. Musimy więc odpowiadać na pytania, które subtelnie stawia nam Jezus, zanim przyjdzie.

 

Każdy człowiek jest dla Boga cenny, także żebrak, ślepiec, najmniejszy i najbardziej ułomny, ale i grzeszny, bogaty celnik. 19. i 20. listopada św. Łukasz prowadzi nas w swojej Ewangelii wraz z Jezusem do najstarszego, liczącego 12 tysięcy lat, miasta świata – do Jerycha. Jezus spotyka tam ślepego żebraka i celnika Zacheusza. Ale i ze mną spotyka się na jednej z życiowych dróg. Może to być spotkanie na przełęczy pod Świnicą w Tatrach, a może jak w Ewangelii, pod Jerychem, podczas pielgrzymki do Ziemi Świętej i to dokładnie w miejscu, gdzie żebrak wołał „Jezusie, synu Dawida, ulituj się nade mną!” i został uzdrowiony ze ślepoty. A może w zimnym kościele w Wyszanowie pod Wieruszowem, gdzie prowadziłem rekolekcje? Drogi człowieka i Boga przecinają się. Jezus chce się spotkać z każdym, także  ze mną i z tobą. I chociaż nikt nie będzie o mnie słyszał, czytał, to wiem, że będę obecny w Jego pamięci i to jest najważniejsze Może wystarczy, że wspominając sławnego ewangelicznego żebraka - ślepca spod Jerycha, uświadomię sobie, że odnajdę się w nim i w historii jego życia. I dlatego Jezus stanął na życiowej drodze żebraka i dzięki temu spotkaniu żebrak spod Jerycha stał się sławny i znany wszystkim pokoleniom, po wszystkie czasy, gdyż uwierzył i zaufał Mistrzowi z Nazaretu. Każdego roku przypominać będziemy jego historię, zapisaną na kartach Ewangelii.

 

Są takie miejsca i takie chwile, że wiem - Jezus jest bardzo blisko i chce się ze mną spotkać. Pragnie, bym widział, bo ten świat, nawet jeśli go jeszcze nie dostrzegam w pełni, Bóg stworzył także dla mnie. Obym tylko nie wstydził się zawołać z wiarą: „Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!”, a obdaruje mnie przejrzeniem i pełnym uzdrowieniem: „Przejrzyj, twoja wiara cię uzdrowiła!”(Łk 18,42).

 

Gdy spojrzenie Jezusa spocznie na kimś, to zmienia sie serce człowieka. Spojrzenie Boga na człowieka zmienia jego spojrzenie i patrzenie na wszystko, co jest istotne, zasadnicze. Gotów jestem wtedy pozytywnie odpowiedzieć na każdą propozycję, prośbę, czy polecenie Chrystusa. Spojrzenie Boga uprzedza spojrzenie człowieka i po nim dopiero następuje spotkanie spojrzeń, zaczyna być budowana więź, relacja miłości między osobami.

 

W ostatnim felietonie pisałem o spotkaniu z Norwidem w naszej publicznej bibliotece. Wczoraj, jako echo tej wzmianki otrzymałem list od Bożeny z Krakowa (?)

 

<.... do kraju tego , gdzie kruszynę chleba podnoszą z ziemi przez uszanowanie dla darów nieba - tęskno mi Panie ......

 

Widzę mojego dziadka Franciszka, który przed znakiem krzyża całował bochenek - i mogłam rzucić psu nogę z kurczaka - ale chlebem nie wolno było rzucić.... dziś ciotka kupuje chleb krojony w worku - nie opłaca się piec w piecu chlebowym.....

 

Pokochałam Norwida od pierwszego wiersza:

 

.....Daj mi wstążkę błękitną - oddam Ci ją bez opóźnienia

 

albo daj mi cień z giętką Twą szyją... nie, nie chcę cienia.......>

 

Czytając list Bożeny, uświadomiłem sobie, że ja nie należę do dzisiejszego świata. Bliższy mi jest świat Norwida. Mój świat istnieje jedynie w marzeniach, które coraz bardziej usychają i stają się cieniami. Ten świat staje sie coraz bardziej obcy. Chciałbym zamknąć oczy i zobaczyć Twojego Dziadka, Bożenko, jak całuje bochen chleba. Poczułem się nieswojo, bo nie zdążyłem jeszcze dotrzeć do biblioteki, by pożyczyć Norwida. W zakonie nie ma emerytów. Obowiązki bieżące oraz fizyczna słabość i senność ograniczają mnie i nie pozwalają wejść w ten inny świat, który pozostaje jedynie jako niespełnione marzenie. W doczesności niespełnione marzenia pozostaną chyba jedynie marzeniami.

 

Ale w ostatnich dniach Pan Bóg podarował mi coś bardzo realnego, z tamtego, Norwidowskiego świata. Przez pięć dni prowadziłem na wiejskiej parafii w Wyszanowie bardzo intensywne rekolekcje - od świtu do zmierzchu. Funkcjonowałem już jak zużyty automat, ale jednego dnia, kiedy odwiedzałem chorych po wioskach rozrzuconych w promieniu wielu kilometrów, podarował mi Bóg spełnienie marzenia, o którym już nawet nie myślałem i przestało być marzeniem. Gdy już nadszedł zmrok, mieszkańcy domów, do których szedłem z Panem Jezusem wychodzili z gromnicą, klękali na drodze i następnie ze światłem prowadzili mnie do domu, gdzie czekał chory. W pokoju na stole był śnieżnobiały obrus, krzyż, zapalone świece, a chory był świątecznie ubrany. Czekał na Pana Jezusa od rana z uśmiechem i nadzieją, że On przyjdzie. To było bardzo mocne przeżycie obecności i miłości Boga, wzruszający obrazek z innego świata, który przeminął, ale na szczęście zachował się jeszcze w jego zakątkach, których nie dotknęła „cywilizacja”.

 

Następnego dnia, 8 grudnia, Niepokalanie Poczęta obdarowała nas swoją serdeczną i gorącą obecnością w zimnym wyszanowskim kościele, a Duch Święty powywracał mi całkowicie kartki mojej napisanej homilii i kazał powiedzieć wszystko inaczej o swojej Oblubienicy, która poczęła za Jego sprawą Jezusa, Syna Bożego. Z zadziwieniem słuchałem tego, co moje usta wypowiadały.

 

Niechaj Najświętsza Dziewica, Panna Maryja, obdarzy nas wszystkich radosną prawdą o swoim wybraniu spośród wszystkich niewiast na ziemi i niech nam podaruje odrobinę z pełni łask, którymi napełnił Ją Bóg, gdy stała się niepokalanie poczętą.

 

Serdecznie pozdrawiam

 

O. Ludwik


Wieruszów, dn. 11 grudnia 2012 r.

Poprawiony: sobota, 30 marca 2013 19:21