TRAGEDIA PRAWDZIWEGO MILIONERA PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 16 listopada 2014 13:22

XXXIII Niedziela zwykła Rok A

 

CZYTANIA: Prz 31, 10-13. 19-20. 30-31; Ps 128 (127), 1-2. 3.4-5; 1 Tes 5, 1-6; Mt 25, 14-30

 

Pewnie nikt z nas nie myśli o sobie, że jest chodzącym po ziemi milionerem. Ale naprawdę jesteśmy nimi, niezależnie, jak wiele czy jak mało otrzymaliśmy. Otrzymaliśmy wystarczająco dużo, choć czasem mamy wrażenie, że jakby za mało. Zdumiewający jest fakt, jak człowiek próbuje drążyć najdrobniejsze kwestie ewangelicznych przypowieści. Starożytny talent to równowartość 6000 drachm, czyli 20 lat pracy. Upraszczając nieco: talent to praca całego życia. Według szczegółowych wyliczeń, talent z czasów Jezusa dzisiaj miałyby swój dolarowy odpowiednik. Byłaby to równowartość kwoty sześcio- lub siedmiocyfrowej, a więc byłoby to od kilkuset tysięcy do kilku milionów dolarów. Te kwoty są dla nas porażające i po prostu nieosiągalne. Ale hipotetycznie wyobraźmy sobie, że ktoś nam powierza swój gigantyczny majątek, powiedzmy – milion dolarów. Do niczego nas nie zmusza. Nie zamierza nas kontrolować! Chce, żebyśmy poczuli się w pełni wolni, samodzielni i odpowiedzialni. Mówi, że nam ufa i na jakiś czas, niemożliwy do przewidzenia, znika. Co wtedy robimy? Czy nie uginamy się pod ciężarem podarowanej wolności, która czasem uwiera bardziej niż niewola? Być obdarowanym to czasem większy ciężar, niż nie otrzymać niczego. Ktoś, kto nie został dostatecznie obdarowany lub czuje się całkowicie pominięty, ma alibi. Zawsze może powiedzieć: „Ja nie dostałem niczego! Proszę rozliczać obdarowanych, zwłaszcza tych, którzy otrzymali dużo. Na przykład długie życie. Dobre zdrowie. Kochających rodziców. Fajne rodzeństwo. Uzdolnienia, których inni zazdroszczą. Pieniądze, których nie da się nawet policzyć. Wykształcenie, które otwiera wiele drzwi. Pracę, która daje satysfakcję. Ojczyznę, której nie trzeba się wstydzić itp. Tak naprawdę nikt nie powinien myśleć, że został pominięty. Pan Bóg nikogo nie stwarza beztalenciem. Samo życie jest talentem skupiającym w sobie najróżniejsze możliwości.

 

Zaniedbania to niezwykle poważna rzecz, ponieważ wykluczają z udziału w czymś ważnym. Zaniedbania są rezygnacją z podarowanych możliwości. Zaniedbania to jeden z przejawów lekceważenia Boga i bliźnich. W prawie przyjmuje się, że zaniedbania są najczęstszym czynem niedozwolonym i tym samym najtrudniejszym do zdefiniowania. W wielu wypadkach zaniedbania stanowią formę przemocy wobec bliźnich, np. zaniedbania rodziców wobec dzieci zostawiają trwałe i wyniszczające skutki. Wiele chorób, zgorszeń, błędów, grzechów, nałogów, porażek, a nawet klęsk dzieci ma swój początek w zaniedbaniach rodziców. Dochodzi do powielania przez dzieci zachowań rodziców, jakby to było wręcz dziedziczne, choć przecież nie jest. Nie ma genu nędzy, rozwiązłości czy głupoty.

 

Wystarczy zajrzeć do fachowej literatury, by zobaczyć skalę możliwych zaniedbań. Oto niektóre tylko przejawy: „Typowy rodzic zaniedbujący jest jednostką wyizolowaną. Ma problemy z wykonywaniem zadań codziennego życia. Sam obarczony gniewem, żalem i smutkiem z powodu niezaspokojonych potrzeb własnego dzieciństwa, nie potrafi rozpoznać potrzeb swoich dzieci. Większość domów zaniedbanych prowadzą kobiety, które z powodu rozpadu swych związków z partnerem pozostają same z dziećmi, a tęskniąc za ciepłem i miłością, nawiązują nowe relacje w nadziei, że nowy partner spełni ich potrzeby niezaspokojone od czasów dzieciństwa. Jeżeli nie udaje mu się tych potrzeb zaspokoić lub bodaj złagodzić ciężaru smutku wniesionego przez jednego lub oboje partnerów do nowego związku, to najczęściej dzieje się tak, że mężczyzna odchodzi w poszukiwaniu następnej partnerki, która będzie spełniała jego oczekiwania, porzucając kobietę, aby matkowała dzieciom, które stworzyli. Dzieci są reliktami nieudanego związku (związków).

 

Zaniedbujących rodziców cechuje nieodpowiedzialne impulsywne zachowanie, nieumiejętność uczenia się na swych błędach, zniekształcona percepcja rzeczywistości. Są skłóceni z całym światem, a wszystkie ich związki są toksyczne. Relacje, w które wchodzą, zawierają wrogość, podejrzliwość, wściekłość i jedno pragnienie – zostawcie mnie w spokoju. Pod tym zachowaniem kryje się głębokie uczucie osamotnienia, braku miłości, niska samoocena i uczucie otaczającej klęski.

 

Ludzie w ten sposób wielokrotnie poranieni, także przez samych siebie, mają klapki na oczach z powodu swoich własnych niezaspokojonych potrzeb. Zdarza się rzadko, że potrafią ocenić rzeczywistość poza sobą. Rodzice ci nie są związani emocjonalnie z dziećmi, często traktują je jako „zło konieczne”. Jeżeli uderzyli swoje dziecko, to stało się to w wyniku impulsywnej reakcji. Zachowanie rodzica zaniedbującego można ująć jednym słowem – obojętność. Rodzice zaniedbujący swoje dzieci sami są jak dzieci i na wymagania rodzicielstwa i życia dorosłego reagują jak dzieci. Nie mają pragnienia ranić swoich dzieci, ale większość z nich ma zbyt małą zdolność pomagania im, więc dotkliwie rani. Rodziców zaniedbujących charakteryzuje nieumiejętność planowania, w tym planowania przyszłości. Planowanie wymaga uświadomienia sobie celu, kierunku i sposobów działania. To przekracza jakby ich możliwości, gdyż oni do tej pory jedynie dryfowali bez żadnego kierunku lub dryfowali w kierunku osobistej i rodzinnej dezintegracji. Szukają raczej ucieczki niż rozwiązania problemów.

 

W innych sprawach poddawali się biernie własnej bezradności i wrogości świata zewnętrznego. Nie są dumni ze swoich osiągnięć lub umiejętności, bo albo ich nie mają, albo nie postrzegają w ten sposób. Zaniedbujący rodzice wykazują niższe wyniki w testach inteligencji, a wyższe w testach anomii (brak spójnego systemu norm). Zaniedbujący rodzice mają charakterystyczne zaburzenia, które nazywa się osobowością infantylną (infantile personalities).

 

To tylko jeden ze smutnych przykładów zaniedbań otrzymanych talentów. A gdyby pójść tym tropem w każdej dziedzinie życia, to można się przerazić, ile zła powstaje ze zwykłych, codziennych, niestety, lekceważonych zaniedbań. Nawet w dziękczynieniu można popełnić niejedno zaniedbanie. Dlatego ku zawstydzeniu nas – pełnych narzekań, żalów i pretensji – polecam Testament św. Bernadety – niezwykle wymowne świadectwo wdzięczności:

 

Za biedę, w jakiej żyli mama i tatuś, za to, że się nam nic nie udawało, za upadek młyna, za to, że musiałam pilnować dzieci, stróżować przy owcach, za ciągłe zmęczenie, dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci, Boże mój, za prokuratora i za komisarza, za żandarmów, za twarde słowa ks. Peyramale.

Za dni, w które przychodziłaś, Maryjo, i za te, w które nie przyszłaś – nie będę Ci się umiała odwdzięczyć, jak tylko w raju. Ale i za otrzymany policzek, za drwiny, za obelgi, za tych, co mnie mieli za pomyloną, za tych, co mnie posądzali o oszustwo, za tych, co mnie posądzali o robienie interesu, dziękuję Ci Matko.

Za ortografię, której nigdy nie umiałam, za to, że pamięci nigdy nie miałam, za moją ignorancję i za moją głupotę, dziękuję Ci.

Dziękuję Ci, ponieważ gdyby było na ziemi dziecko o większej ignorancji i większej głupocie, byłabyś je wybrała.

Za to, że moja mama umarła daleko, za ból, który odczułam, kiedy mój ojciec, zamiast uścisnąć swoją małą Bernadetę, nazwał mnie „siostro Mario Bernardo”, dziękuję Ci Jezu.

Dziękuję Ci za to serce, które mi dałeś, tak delikatne i wrażliwe, a które przepełniłeś goryczą.

Za to, że matka Józefa obwieściła, że się nie nadaję do niczego, dziękuję, za sarkazmy matki mistrzyni, jej głos twardy, jej niesprawiedliwości, jej ironię i za chleb upokorzenia dziękuję.

Za to, iż byłam taką, że matka Maria Teresa mogła o mnie powiedzieć: „Nigdy jej dość nie ustępujcie”.

Dziękuję za to, że byłam tą uprzywilejowaną w wytykaniu mi wad, tak że inne siostry mówiły: „Jak to dobrze, że nie jestem Bernadetą”.

Dziękuję za to, że byłam Bernadetą, której grożono więzieniem, ponieważ widziałam Ciebie, Matko, tą Bernadetą tak nędzną i marną, że widząc ją, mówili sobie: „To ta ma być?” Bernadetą, którą ludzie oglądali jak rzadkie zwierzę.

Za to ciało, które mi dałeś, godne politowania, gnijące, za tę chorobę, piekącą jak ogień i dym, za moje spróchniałe kości, za pocenie się i gorączkę, za tępe ostre bóle, dziękuję Ci, mój Boże.

I za tę duszę, którą mi dałeś, za pustynię wewnętrznej oschłości, za Twoje noce i Twoje błyskawice, za Twoje milczenie i Twe pioruny, za wszystko. Za Ciebie – i gdy byłeś obecny, i gdy Cię brakło, dziękuję Ci Jezu.

 

(wg „Fonti vive”, Caravate, wrzesień 1960).

 

 

AUTOR: Ks. Ryszard K. Winiarski

 

ŹRÓDŁO: http://www.nepomucen-dorohusk.pl