Dziecko, które nie należy do Rodziców PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
sobota, 27 grudnia 2014 16:43

I Niedziela po Narodzeniu Pańskim, Rok B - Święto Świętej Rodziny: Jezusa, Maryi i Józefa

 

CZYTANIA: Syr 3, 2-6. 12-14; Ps 128 (127), 1-2. 3. 4-5; Kol 3, 12-21; Łk 2, 22-40

 

Dzieci nie są własnością rodziców. Jest to oczywiste, ponieważ dziecko od początku jest osobą. Ale z drugiej strony to zdanie wypowiedziane pod adresem czułych i troskliwych rodziców zawsze ich bulwersuje. To oczywiste, że rodzice nie mogą z dzieckiem czynić, co im się podoba. Ale z drugiej strony chyba do najtrudniejszych w wychowaniu doświadczeń należy obdarzenie swego dziecka wolnością, bez próby wpływania na jego wybory i decyzje. I kochać te osobę, która jest staje się wolna, aby odpowiedzieć na tę miłość lub nie odpowiedzieć. W dzisiejszym świecie jesteśmy świadkami skrajnie różnych postaw. Od poczucia, że dziecko jest niemalże obiektem, o który można się troszczyć, kiedy to sprawia przyjemność, a kiedy to staje się zbyt trudne, to można się go pozbyć, aż do tak wielkiego przywiązania, którego nie da się inaczej wytłumaczyć jak poprzez emocjonalne posiadanie, w którym dziecko służy zaspokojeniu potrzeby kochania. Przypadki, które doskonale mieszczą się w kadrze „toksycznej miłości”.

 

 

 

Pierwsza scena dzisiejszej Ewangelii rozwiązuje problem kochania wlanego dziecka bardzo prosto. Dziecko należy do Boga. Jest jemu poświęcone. Biblijnym przykładem takiej postawy jest Anna, matka proroka Samuela: «Pozwól, panie mój! Na twoje życie! To ja jestem ową kobietą, która stała tu przed tobą i modliła się do Pana. O tego chłopca się modliłam, i spełnił Pan prośbę, którą do Niego zanosiłam. Oto ja oddaję go Panu. Po wszystkie dni, jak długo będzie żył, zostaje oddany na własność Panu». I od tego momentu trzyletni Samuel zostaje na służbie w Świątyni. Upragnione dziecko należy do Pana, a największą radością Anny jest wydać go na świat, aby mógł całkowicie poświęcić się Panu. Dziecko należy do Boga. Ale chyba nie ma w historii świata rodziny, która przeżywałaby tę prawdę mocniej i głębiej, niż Józef i Maryja. Już sam fakt poczęcia jest cudem, a oni stają się świadkami tego, co Pan pragnie dla swego Syna. Prawdziwe rodzicielstwo, ale jakże dalekie od tego, do czego przywykliśmy.

 

Czterdziestodniowy Jezus, przyniesiony do Świątyni, jest natychmiast rozpoznany, jako dziecko szczególne, dziecko, które samym swoim istnienie podważa normalne oczekiwania, które rodzice mogą mieć wobec swoich dzieci. Co zobaczył w Niemowlęciu Symeon, że natychmiast wyraził gotowość, aby odejść z tego świta? Co zobaczyła Anna, że natychmiast zaczęła głosić wyzwolenie Jerozolimy? Przecież oni widzieli i brali na ręce Niemowlę, jakich wiele przynoszone w to miejsce. A dla mnie ta scena jest kluczem nie tylko do rozumienia ducha proroczego dwojga staruszków, którzy widzą więcej, niż malutkiego Jezusa. On nie ma nad głową aureoli, ani nie promieniuje jakimś fizycznie dostrzegalnym światłem. Istotą rozpoznania w Nim Zbawiciela jest posłuszeństwo Bogu. To codzienna relacja Symeona i Anny do Boga czyni ich zdolnymi do dostrzegania tego, co dla innych jest niewidoczne. Prawość, pobożność, wyczekiwanie na zbawienie, posłuszeństwo Duchowi Świętemu czyni z Symeona tego, który widzi i rozumie więcej. Anna służyła Bogu w postach i modlitwach oraz swoim wdowieństwem, dlatego mogła powiedz z całą pewnością, że Wybawiciel nadszedł.

 

Przyglądając się scenie w Świątyni stawiam sobie pytanie o to, jak należy budować rodzinę, która żyje po chrześcijańsku i w ten sposób wychowuje swoje dzieci? Odpowiedź, która spontanicznie mi się nasuwa, to stwierdzenie, że nie ma jakiejś specyficznie chrześcijańskiej metody, którą dałoby się opisać w podręcznikach i dać każdemu, kto zechce wychować po chrześcijańsku swoje dziecko. Bowiem „metodą” jest osobista wiara rodziców, ich osobiste przylgnięcie do Boga. To uznanie, że najważniejszą rzeczą, którą rodzice mają do zrobienia, jest pokazanie swemu dziecku Ojca, Prawdziwego Ojca, Dawcę Życia, którego ono ma w Niebie. Dla egocentrycznie wychowywanego pokolenia współczesnych rodziców, którzy emocjonalnie zawłaszczają dziecko i zamiast je kochać, „wysysają” z niego miłość, aż do momentu, kiedy jako nastolatek powie: „dość mam zaspokajania waszych pragnień”, jest to rzecz kompletnie niemożliwa.

 

O Świętej Rodzinie nie jesteśmy w stanie wiele powiedzieć, ale Józef i Maryja, indywidualnie, są postaciami wyraźnie nakreślonymi poprzez ewangelie. I chociaż trudno jest mówić o jakimś dosłownym naśladowaniu tej Rodziny (mają tylko jedno dziecko!), to ich wiara jest nieodzownym wzorcem, bez którego żadni rodzicie nie są w stanie osiągnąć pożądanych owoców wychowania. Wiara Maryi i Józefa jest zbudowana na posłuszeństwie Słowu. Boga przemawiającego do nich obdarzają większym zaufaniem niż swoje przekonania, oczekiwania czy logiczne sposoby na rozwiązywanie problemów. Taki jest ich klucz do rodzicielstwa według woli Boga. Bez tego żadna katolicka szkoła, ani harcerze, ani Oaza, ani ministranci nie wychowają dzieci w świadomości przynależności do Ojca, który jest w Niebie. Bez osobistej wiary rodziców jest niemożliwe, aby wychowywać dzieci na dzieci Boga, bowiem Bóg będzie się zawsze jawił jako konkurent, który pragnie odebrać rodzicom ich własność.

 

Natura wydarzenia, które dzieje się w Świątyni, ma wszystkie znamiona zarzewia poważnego kryzysu rodzicielskiego. Myślę, ze można pozwolić rodzicom na dosłowne postawienie się w sytuacji Maryi i Józefa przychodzących do Świątyni, aby dokonać zwyczajowego rytuału. Nie jest to nic szczególnego, wszyscy to czynią. I w tym rytuale następuje załamanie się scenariusz, pojawiają się osoby, która z mocą ogłaszają „upadek i powstanie, i znak sprzeciwu” w tym Dziecięciu i przeszywający serce miecz boleści. Jeśli miłość małżeńska dojrzewa w przezwyciężonych kryzysach, to więź Józefa i Maryi nie jest w tym odosobniona. Tylko, że źródłem kryzysu nie jest słabość ich wzajemnej relacji, ale jest to wspólny kryzys, który ma miejsce na zewnątrz ich związku. Podobnie będzie, kiedy dwunastoletni Jezus pozostanie w Świątyni. Ich Dziecko, Jezus, będąc dzieckiem Boga, staje się siłą sprawczą do wzrostu ich wzajemnej więzi.

 

Nie mamy świadectw, w jaki sposób Rodzice Jezusa przeżywali wzajemną wieź, jako małżonkowie. Ale moim zdaniem w żadnym stopniu nie jest nadużyciem medytacja nie tylko nad ojcostwem Józefa i macierzyństwem Maryi, ale także nad ich prawdziwie małżeńską więzią. I wcale nie musimy sobie stawiać pytania o to, jakie kłótnie i jakie pojednania przeżywali. Jezus jest tym dzieckiem, które swoją szczególną naturą „zmusza” do całkowitego zawierzenia Bogu. Swoim powołaniem rodzi głęboką troskę rodziców i w ten sposób prowokuje ich „dojrzewanie” w wierze i ich wzajemnej więzi. Jeśli „klasyczny” kryzys małżeński, rozwiązany wspólnie przez małżonków, prowadzi ich do miłości pełniejszej i dojrzalszej, to troska o Dziecko, o którym rodzice nie mogą zapomnieć, że jest Dzieckiem Ojca Niebieskiego, Dzieckiem, które nie przejdzie niezauważanie przez życie, staje się zarzewiem tego napięcia, które leczy się wyłącznie przylgnięciem do Boga i, jak sobie to wyobrażam, coraz mocniejszym przylgnięciem do Współmałżonka. Czego życzę wszystkim rodzinom i o co się modlę.

 

 

AUTOR: Ks. Maciej Warowny, Francja

 

 

ŹRÓDŁO:

Poprawiony: sobota, 27 grudnia 2014 21:36