V Niedziela Wielkanocna PDF Drukuj Email
Wpisany przez Beata   
sobota, 02 maja 2015 21:49

Nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą – powiedział dziś do nas św. Jan.

 

Miłować czynem i prawdą – również wtedy, gdy ta prawda trochę boli, gdy jest nam mocno niewygodna, gdy mielibyśmy ochotę rzucić od razu...

 

Dziś data szczególna dla Polski. Jednak państwowe święto pozostaje w cieniu, a liturgiczna Uroczystość Matki Bożej Królowej Polski ustąpiła wielkanocnej niedzieli i dlatego już wczoraj ją celebrowaliśmy.

 

 

 

 

 

Wsłuchujemy się kolejny raz w czytane nam słowo Boże. Wsłuchujemy się mniej lub bardziej uważnie i próbujemy również mniej lub bardziej odważnie wejść z tym słowem w naszą codzienność. Niestety bywa nierzadko tak, że nasza obecność w kościele sobie, a nasze życie – sobie i kompletnie nie ma wpływu jedno na drugie. Obawiam się, że wynika to po części przynajmniej z naszego, bądź, co bądź, „luźnego” złączenia z winnym krzewem, jakim jest Chrystus. Możemy też powiedzieć, że takim krzewem winnym jest wspólnota Kościoła, w której powinniśmy mocno trwać. Tymczasem dziś coraz częściej obserwujemy, że wielu ochrzczonych woli chodzić własnymi drogami, szukać swojej prawdy, wygłaszać swoje mądrości, zamiast iść bardzo wiernie za Jezusową Ewangelią, co byłoby trwaniem w Nim.

 

 

Wielu woli szukać nowych wspólnot, innych przewodników, innych kapłanów, choć często wiąże się to z porzuceniem wspólnoty Kościoła, a przynajmniej z nadmierną czy nieuzasadnioną jej krytyką.

 

 

Dziś też o tej jedności słyszymy, bo czymże innym jest trwanie w winnym krzewie, jak nie jednością. Dopóki gałązka czerpie soki z pnia, dotąd żyje i może owocować. Gdy jednak zostanie nadłamana albo całkowicie odcięta, usycha i na pewno owocu nie wyda. Musimy dziś zapytać samych siebie, czy jesteśmy taką zdrową latoroślą, taką zdrową gałązką tego drzewa, jakim jest Kościół?

 

 

Nie miłujmy słowem i językiem, ale czynem i prawdą – powiedział dziś do nas św. Jan.

 

 

Nie sposób uciec od pytania, czy i jak rozwijamy swoją wiarę, czy potrafimy przeczytać coś związanego z naszą religią, czy karmimy się tylko i wyłącznie gazetami świeckimi, w których trudno znaleźć pozytywny obraz rozwoju człowieka.

 

 

Nie sposób uciec od pytania, na ile ulegamy duchowi czasu i mody. Rodzice rezygnują z przysługującego im prawa do napominania i wychowywania swoich dzieci, co zawiera w sobie również pewne zakazy czy też kary. Wydaje się momentami, że rosną nam te dzieci trochę jak dzikie latorośle. Brakuje w nich poczucia świętości miejsca, szacunku dla rzeczy świętych. Przykładem mogą służyć kłopoty, jakie się jawią w niejednej parafii z okazji przygotowań do I Komunii św., ale nie tylko. Patrząc na te dzieci, słysząc o różnych zachowaniach tu i ówdzie, mam czasem wątpliwości, czy rzeczywiście dorosły do takiego wydarzenia, jakim jest spotkanie z Chrystusem w Komunii Świętej (A może lepiej zapytać, czy rodzice dorośli do wydarzenia!). Podobnie bywa z bierzmowaniem młodzieży. Oczywiście – broń Boże nie chcę nikogo urazić, nie chcę generalizować, ale problem na pewno istnieje.

 

 

Nie żyjemy gdzieś w oderwaniu, nie jesteśmy jakąś całkiem anonimową wspólnotą, bo jesteśmy parafialną rodziną, gdzie wiele się dzieje dobra – i Bogu za to niech będą dzięki. Jednak wiele również zła, ale o tym nie bardzo chcemy słuchać, chyba, że w plotkarskim przekazie. Natomiast brakuje odwagi, by komuś powiedzieć, że to, co czyni, już nie jest trwaniem w winnym krzewie, bo poszliśmy za bardzo za światem i jego nauką.

 

 

Miłować czynem i prawdą – również wtedy, gdy ta prawda trochę boli, gdy jest nam mocno niewygodna, gdy mielibyśmy ochotę rzucić od razu – Popatrz lepiej na siebie!

 

 

Gdyby jednak ktoś spróbował inaczej, mógłby się spotkać z sytuacją nawróconego Pawła. Nikt go nie chciał przyjąć, wszyscy się go bali, bo on nagle stał się inny. Czy nie jest podobnie w naszych parafialnych wspólnotach. Wystarczy, że ktoś zaangażuje się w coś, a jest mnóstwo komentarzy i to niekoniecznie przychylnych, bo zawsze doszukamy się drugiego dna! Jak tamci pierwsi chrześcijanie u św. Pawła. Oni przynajmniej mieli podstawy, bo przecież prześladowca z dnia na dzień stał się głosicielem. A tu – tylko ktoś postanowił żyć bardziej Ewangelią, w zgodzie z tym, w co wierzy, i to wprowadzać w życie. Już jesteśmy gotowi do tysiąca interpretacji – dlaczego tak postąpił, tylko braknie mu wiary w to, że ktoś chce po prostu żyć prawdziwie i na serio swoją wiarą.

 

 

Powiedziałem przed chwilą, że nie żyjemy w jakiejś anonimowej wspólnocie. Podobnie nie żyjemy gdzieś na księżycu, w jakiejś pustej przestrzeni, ale w Polsce. Dlatego powinno nas obchodzić to, czy ta Polska, jako całość, jako naród pozostaje wierna Chrystusowi, Kościołowi, Krzyżowi i Ewangelii.

 

 

Nie może nam być obojętne, czy naprawa tego, co niedoskonałe, co złe, co nie ewangeliczne uda się naszym dziś rządzącym czy też nie. Wiele, bowiem zależy od naszej postawy, każdego chrześcijanina, każdego, kto katolikiem się mieni – czy Kościół w Polsce będzie takim zdrowym szczepem przynoszącym owoce w Kościele powszechnym, czy też staje się coraz bardziej winnicą rozgrodzoną, gdzie każdy może swoje szkodliwe drzewka sadzić i karmić nas trującymi owocami.

 

Niestety nie do wyjątków należy postawa – Nic mnie to nie obchodzi! To ich rzecz! Jeśli pozostawimy wszystko jakimś obcym, jeśli pozwolimy się prowadzić innymi niż Chrystusowe drogami, to istnieje realna groźba, że owocu nie przyniesiemy.

 

 

Trzeba nam, zatem, jak roztropny ogrodnik odcinać to, co niepotrzebne, to, co tylko zaśmieca, zacienia, a w konsekwencji nie pozwala na obfity i dorodny owoc.

 

 

I niech nie umknie nam przestroga Jezusa o tych odciętych, które pali się, jako bezowocne, bo nie trwały w krzewie winnym. Amen.

 

 

 

Autor: o. Marian Krakowski CSsR – Duszpasterz w Parafii Św. Józefa i Sanktuarium Matki Bożej Nieustającej Pomocy w Toruniu (Toruń – Bielany)

 

 

źródło: