Narodzenie Najświętszej Maryi Panny – święto PDF Drukuj Email
Wpisany przez Beata   
piątek, 08 września 2017 02:36

8 września – Święto Narodzenia Maryi Panny, Matki Bożej – Matki Bożej Siewnej...


8 września – Matka Boża Siewna... – Ks. Stanisław Hołodok

 

Matka Boża Siewna... – Niesie Ziarno Nadziei…

 

8 września. Matki Bożej Siewnej...


 

 

 

 

 

Byłem niedawno w Niemczech. Rozmawiałem tam z paulinami, którzy mają dwutysięczną parafię w Regensburgu. Jednak w niedzielę, w którą odbywało się liczenie parafian, okazało się, że na niedzielnej Eucharystii było 180 osób.

 

Miałem pogrzeb. Do zakrystii przyszedł ksiądz i zaczął narzekać na ludzi, którzy przyszli na pogrzeb, uczestniczyli we Mszy św., ale nie otworzyli ust. Na jego wezwania nikt nie odpowiadał. Zastanawiał się, po co ci ludzie przyszli, jaka ich modlitwa za tego zmarłego.

 

Rozmawiałem też z baptystą w Truskawcu na Ukrainie. Opowiadał, co robią. Mówił, że ich wspólnota – już druga – liczy ok. 200 osób, a istnieje trzy lata. Ponadto, mają chór składający się z 30 osób.

 

Dwa nurty, jeden – życie religijne umiera, i drugi – ludzie wciąż szukają Boga.

 

 

Przed nami staje dzisiaj Maryja. Święto jej narodzenia. Wypełnienie proroctw. Izraelici, podobnie jak i inne ludy wschodnie, bardzo sobie cenili wiedzę o swoich przodkach. Wykazanie się jak najdalej sięgającym rodowodem nabrało szczególnego znaczenia od czasów niewoli babilońskiej, kiedy to wskutek wielu małżeństw mieszanych doszło do swoistego zanieczyszczenia rasy żydowskiej. Kandydaci na urzędników państwowych i kapłani musieli wylegitymować się rodowodem nie budzącym zastrzeżeń.

 

Kobiety raczej nie były wymieniane w rodowodzie. Tamar weszła do historii Izraela jako typ kobiety podstępnej (Rdz 38, 1–30), Rachab, która była nierządnicą kananejską, wyświadczyła Izraelowi wielkie dobrodziejstwo (Joz 2; 6,15nn). Z kolei Rut była poganką, Moabitką, ale Bóg sprawił, że była babką Dawida. Czwarta, nie podana z imienia Batszeba, mogła być cudzoziemką jak jej mąż Uriasz, to dla niej Dawid dopuścił się wiarołomstwa i ona została matką Salomona. Drogi Boże są przedziwne, ale prowadzą konsekwentnie do raz wyznaczonego celu, tj. do zbawienia człowieka.

 

(Ikona) – To zapowiedź narodzin Chrystusa. Źródła literackie to: apokryficzna Protoewangelia Jakuba, oraz Ewangelia Pseudo-Mateusza. Święto sięga swymi korzeniami tradycji jerozolimskiej. W V w. na miejscu, gdzie znajdował się dom rodziców Maryi – Joachima i Anny – dokonano poświęcenia kościoła. Z tego okresu pochodzą najstarsze przedstawienia omawianej sceny. Święto obchodzone jest 8 (21) września, jest pierwszym z dwunastu wielkich świąt. Scena narodzenia rozgrywa się w symbolicznej architekturze z przewieszonym ponad łukami czerwonym velum – tkaniną oznaczającą wnętrze. Św. Anna spoczywa na łożu, niekiedy podtrzymywana przez służącą. Asystują jej niewiasty, z których jedna lub dwie przynoszą dary albo pożywienie – zwyczaj przejęty z dworskiego ceremoniału narodzin cesarskiego dziecka. Przy łożu Anny pojawia się nieraz stół jako ołtarz – symbol duchowej ofiary Maryi i praobraz ofiary Jej Syna. Na stole może być ustawiona czasza-kielich, przypominająca niekiedy naczynie ze starotestamentalną manną – zapowiedź Eucharystii. Czaszę można też interpretować jako aluzję do osoby Maryi, którą liturgia nazywa „naczyniem Najświętszego Pokarmu”. W dole motyw kąpieli dziecka przez piastunki, podobna scena na ikonie Bożego Narodzenia, symbol oczyszczającego sakramentu chrztu.

 

 

Maryja jest pozytywną kobietą, która została nam podarowana z krzyża: Oto Matka Twoja. Maryja nigdy nie jest negatywna: nie kwestionuje zarządzeń Bożych, po prostu wyraża swą zgodę. Maryja nie protestuje, pozwala, by nią kierował. Nie wątpi, Ona wierzy. Nie skarży się, Ona działa. Nie dyryguje, oddaje się do dyspozycji. Maryja jest pierwszą pozytywną konsekwencją krzyża i zarazem prototypem Kościoła.

 

To oddanie Maryi widać w całym Jej życiu. Serce Maryi zawsze było otwarte na Boga. Gabriel zaświadcza to wyraźnie, mówiąc: Bądź pozdrowiona, pełna łaski! (Łk 1, 28). To oddanie Maryi widać w Magnificat, gdzie wysławia swoje powołanie. Podczas wesela w Kanie, spostrzegłszy jako pierwsza brak wina, troszczy się o pomoc Syna, ratuje z niedostatku. Maryja zachowuje i rozważa w swoim sercu wszystko, co mówi i czyni Jezus. Towarzyszy Mu w męce, jest u początków Kościoła, modląc się z apostołami w Zielone Święta o zesłanie Ducha Świętego.

 

Maryja z pełną pokorą i gotowością poddaje się woli Bożej. Te cechy Maryja daruje Kościołowi. Nam wszystkim. Jest to powołanie, które kieruje do wysokiego poziomu duchowego, ma potężną moc przepowiadania i jest gotowe do męczeństwa.

 

Kiedy Irena, która całe życie brała aktywny udział w życiu Kościoła, umarła, bardzo się zdziwiła, że brama do nieba była dla niej zamknięta.


To, na pewno nieporozumienie – pomyślała – przecież po tym jak wiele ona zrobiła dla Kościoła, powinni ją tu spotykać z entuzjazmem. Na ziemi człowiek nie zawsze otrzymuje, to na co zasługuje. Irena pamięta swoje sprzeczki z innymi na ten temat, ale w niebie powinno być inaczej. Rozglądnęła się wokoło. Nie było nikogo.


– Hm – powiedziała sama do siebie. – Mam nadzieję, że św. Piotr wytłumaczy się, przeprosi, kiedy zauważy, że zapomniał wysłać powitalną delegację na spotkanie osoby, która była oparciem dla parafii.

 

Czekała. W dalszym ciągu nikt się nie zjawił. No, cóż, Książę apostołów, czy nie, ale jak się zjawi to ona powie św. Piotrowi, co o tym wszystkim myśli. A tymczasem, jedyne co mogła zrobić, to postukać w bramę. To miało ruszyć sprawę z martwego punktu, w jakim się znalazła.

Irena podeszła do bramy i postukała. W tej chwili odezwał się potężny głos:

 

– Kto tam?

 

Ten głos może być tylko głosem samego Boga – pomyślała zdumiona Irena. – No, teraz można działać.

– To ja, Panie – odpowiedziała – Irena.

 

Cisza. Żadnego znaku. Wtedy zrozumiała, że na ziemi żyje kilka tysięcy Iren, a może i więcej, i dla co najmniej dziesiątki z nich był wyznaczony ten dzień, a to wystarczyło, żeby zdezorientować nawet Boga. Dlatego uściśliła.

 

– To Irena Baczyńska, odpowiedzialna za Żywy Różaniec, należąca do Rady Duszpasterskiej z Parafii św. Przemienienia.

 

To powinno wystarczyć, żeby ją poznali.

 

Jednak potężny głos odpowiedział:

 

– Znam ciebie Ireno. Obserwowałem ciebie od Twojego poczęcia. Chroniłem ciebie i prowadziłem, o ile na to pozwalałaś na to, aż do tego dnia, kiedy przyprowadziłem cię do tej bramy. Tak, doskonale ciebie znam moja córeczko. Jednak, żeby wejść tutaj, musisz powiedzieć hasło. Inaczej brama się nie otworzy. Powiedz hasło.

 

Irena osłupiała. Hasło? Jakie hasło? O, niebiosa. Proboszcz nigdy nie mówił o żadnym haśle. I co teraz? Roztrzęsiona szukała słów:

 

– Nigdy nie słyszałam, o żadnym haśle, Panie.

 

Znów długa cisza. A potem głos odezwał się smutno:

 

– Cóż Ireno, bardzo mi przykro, ale ty nie możesz tu wejść, dopóki nie powiesz hasła.

 

Irena była oszołomiona. Chciała protestować, chciała przypomnieć o swoim oddaniu i pracy w parafii przez całe swoje życie, chciała zaakcentować, że… Ale głos mówił dalej:

 

– Wiem, jak się czujesz, dziecko moje, ale teraz nic na to nie poradzisz. Nie trać nadziei. Może za jakiś czas poznasz hasło.

 

Tego dnia dla Ireny było wszystkiego za wiele. Zdumiały ją te biurokratyczne kłopoty.

 

– Na miłość Bożą, powiedz mi jak to zrobić? – zapytała, powstrzymując zdenerwowanie.

 

Głos złagodniał do prawie szeptu:

 

– Zostań tam koło bramy. Patrz za tymi, którzy wchodzą i naśladuj ich.

 

To były ostatnie słowa, jakie powiedział Bóg do Ireny. Nie zważając na jej protesty i krzyki, więcej niczego od Niego nie usłyszała.

 

Po pewnym czasie pogodziła się ze swoją sytuacją, zaczęła czekać. Rozlokowała się przy samej bramie (tam były szerokie ławy, zrobione po to, by takim ludziom jak Irena było wygodnie) i czekała na następną osobę, jaka miała przyjść po niej.

 

Czekała trzy dni. Nie dlatego, że w tym czasie nikt nie trafił do nieba. Przeciwnie, wybrańcy wchodzili całymi grupami. Ale Irena ich nie widziała. Ze względu na specjalną decyzję Boga, jej oczy były jakby zawiązane. Co prawda, ona widziała wyraźnie wszystko naokoło, ale nie zauważała ludzi, którzy wchodzili do nieba. Otóż, zdawało się jej, że jest całkiem sama. Dzięki temu miała czas i okazję pomyśleć.

 

Po trzech dniach Irena zobaczyła starą kobietę, która pod pachą trzymała zniszczony katechizm z pozaginanymi rogami kartek.

 

Najprawdopodobniej ta energiczna dusza spędziła całe życie, nauczając tysiące dzieci słowa Bożego. Kiedy podeszła do bramy, uklęknęła i w milczeniu czekała. Za parę minut brama sama się otworzyła i owa kobieta weszła.

 

– Teraz wiem, co robić – pomyślała Irena z radością. Zrobiła to samo co stara kobieta i czeka. Zagrzmiał głos Boga:

 

– Kto tam?

 

Irena odważnie odpowiedziała:

 

– Prawdziwy apostoł – jednak po tych słowach nic się nie stało.

 

Po pewnym czasie odezwał się Bóg:

 

– Musisz znać hasło moje dziecko. Bądź cierpliwa – a pewnego dnia poznasz je.

 

Minęły trzy miesiące i Irena znów zobaczyła duszę, która zbliżyła się do bramy. Tym razem był to zakonnik. Był bardzo chudy, bez wątpliwości wiódł on surowe życie. kiedy podszedł do bramy, uklęknął i w milczeniu czekał. Po kilku minutach brama otworzyła się i on wszedł do środka. Irena, jak i poprzednim razem bardzo dokładnie zapamiętała wszystkie szczegóły tej sceny. Teraz była przekonana, że zna, co trzeba zrobić. Klęknęła przed bramą i czekała.

 

Bóg znów zapytał:

 

– Kto tam?

 

– Grzesznica, która pokutuje – odpowiedziała. Ale i tym razem nic się nie stało. – Grzesznica, która pokutuje – powtórzyła głośniej, na wypadek, jakby jej nie usłyszano.

 

Ale Bóg tylko powiedział:

 

– To nie hasło, Ireno. Spróbuj jeszcze raz, kiedy nastanie odpowiednia chwila.

 

Minęły trzy długie lata, przez które Irena niczego nie zauważyła. Nie mając żadnego lepszego zajęcia, zaczęła myśleć, zaczęła wspominać swoje ziemskie życie. Z początku było to nawet przyjemne, wspominała swoje liczne sukcesy w organizowaniu dobrych dzieł. Wspominała, jak ludzie z szacunkiem pozdrawiali ją na ulicy i jak udawało się jej przekonywać do swoich pomysłów księży.

 

– Ach, co to były za czasy – myślała z nostalgią. Ale po pewnym czasie w tej przyjemnej muzyce zaczęła wyczuwać pewną nutkę niepokoju. Czy nie dominowała trochę nad innymi, czy nie była zazdrosna, czy nie zbyt lekkomyślnie wypowiadała się o innych? Ale cóż, mówiła sobie, nikt nie jest doskonały. Od razu odrzucała takie samokrytyczne myśli i wracała do wspomnień o swoich sukcesach. Ale po pewnym czasie nawet takie wspomnienia traciły swoją atrakcyjność. Dlaczego sama zajmowała się tymi wszystkimi sprawami, jeżeli teraz ugrzęzła przed zamkniętą bramą nieba? Ta myśl wywoływała u niej pewien niepokój. Tak, kierowała parafią i co z tego? Jakie żałosne wydawało się jej to wszystko teraz.

 

Zaczęła dostrzegać rzeczy, które zrobiła wtedy, gdy pracowała dla Kościoła. Zaczęła uświadamiać sobie, jak wykorzystywała innych ludzi. Powoli zaczęła dostrzegać w swoim działaniu ciemną stronę, złe motywy, kiedy brała się za jakieś sprawy. I tak cała jej działalność stanęła przed nią w prawdziwym wymiarze, tzn. to, co robiła, wypływało trochę z miłości do Boga i z wielkiej miłości do samej siebie.

 

Kiedy Irena zrobiła to odkrycie, osłupiała. Jak mogła tyle lat żyć w takiej iluzji? Potem pojawił się wstyd. A potem wstyd ustąpił miejsca bolesnemu żalowi. Czy nie wykorzystywała Boga, by realizować własne pragnienia? Zobaczyła, że była zanurzona w samouwielbieniu nawet tutaj, gdy Bóg cierpliwie mówił do jej serca, prosząc o miłość, a ona nie słuchała.

 

Miłość Boga do niej. To ją odkryła Irena teraz. Teraz zobaczyła tysiące przykładów, które ukazywały, jak Bóg przez całe jej życie obdarzał ją swoją miłością. I zobaczyła swoją odpowiedź na tę miłość, która okazała się pustynnym krajobrazem. Ogarnął ją ból, patrzyła na pustynię miłości, miłości, która powinna kwitnąć w jej życiu. Nie miała czasu na miłość, bo była zajęta działaniem, zwalczaniem konkurencji i zdobywaniem doczesnych tytułów w parafialnej hierarchii.

 

Miesiące przechodziły w lata, a w sercu Ireny zaczęły pojawiać się pierwsze kiełki bezinteresownej miłości do Boga. To było coś nowego dla niej. Coraz bardziej widziała miłość Boga do niej i własne zmarnowane życie.Widziała teraz, jak niedoskonała jest jej miłość i swoją niezdolność, żeby odpowiedzieć miłością choć trochę godną Boga. Jak bardzo chciała powiedzieć Bogu, że jej bardzo żal za jej przeszłość i że teraz jej jedynym pragnieniem jest odpowiedzieć – choćby w drobnej mierze, choć trochę – na tę doskonałą miłość Boga.To pragnienie stawało się coraz większe i większe, ona została cała ogarnięta wielką tęsknotą za Bogiem. Aż pewnego dnia, nie wiedząc dlaczego, Irena podeszła do bramy i uklęknęła przed nią.

 

Gdy usłyszała pytanie Boga:

 

– Kto tam? – nie wiedziała, co powiedzieć. Jej serce było przepełnione niewymowna tęsknotą. Nie było takiego słowa, jakim można byłoby to wyrazić jej pragnienie przebywania z Bogiem. Jej odpowiedzią na pytanie Boże było tylko głębokie westchnienie, które pochodziło z najbardziej tajemnego zakątka serca. I w tym momencie brama otworzyła się.

 

– O, poznaję – powiedział Bóg – teraz poznaję głos mojego ukochanego dziecka.

 

Westchnienie miłości – to hasło, które pozwala mnie znaleźć.

 

 

autor: o. Krzysztof Szczygło CSsR Przełożony Domu Zakonnego Redemptorystów w Truskawcu oraz Misjonarz pracujący na Ukrainie – Truskawiec (Ukraina)

 

źródło:



Poprawiony: sobota, 09 września 2017 22:41