Miłość "brutalna" jest... Drukuj
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 13 stycznia 2013 00:37

Kolejna sobota. Zawieje śnieżne tańczą pomiędzy budynkami szczecińskich ulic. Nic nie widzę. Ale idę, do przodu, z Bogiem na piersiach. Odwiedzam chorych. W kolejnym mieszkaniu modlę się przez chwilę, udzielam Komunii Świętej… Kiedy usiadłem w fotelu, zapadła nagle gęsta cisza. Pani Gertruda przyjęła Ciało Chrystusa. Żywa monstrancja, przykuta do łóżka. Patrzę na nią wzruszony, adorując Pana, przechadzającego się w kruchym ciele starszej kobiety. A raczej Nazarejczyka wiszącego na krzyżu, unieruchomionego gwoździami.

 

- Tak bardzo mi wstyd – mówi nagle, szlochając – leżę tu zupełnie bez sensu… Nic nie robię… Jestem ciężarem dla wszystkich…

 

Słucham. Głos kobiety zlewa się z innym, równie dramatycznym głosem, przechodzącym w krzyk: „Boże mój, czemuś mnie opuścił”… (por. Mk 15,34). Słyszę go wyraźnie. Bez Biblii w ręku. Nie stojąc przy ambonie. Żywy i prawdziwy jęk umierającego na krzyżu Boga…

 

W chwilę później trzymam dłoń (choć raczej moja dłoń jest trzymana) pana Narcyza. Nowotwór złośliwy. Stan letargu. Co chwilę, powoli otwiera oczy. Tak głębokiego spojrzenia, wypełnionego po brzegi ciszą samotnego cierpienia, widzi się rzadko. Obok pani Danuta. Małżonka umierającego. Płacze. Jest też ich syn. Lubi zwierzęta. Po domu przechadzają się dwa koty, trzy psy, w potężnym akwarium wąż. Czuję się jak w raju…

 

Pan Narcyz otwiera nagle oczy…

 

- Módl się i pracuj… - mówi - A będziesz zbawiony…


Powieki opadają łagodnie, bezszelestnie. A mi pod nogami pali się ziemia. Przez chwilę pomyślałem: „Zdejmę buty”. Ta ziemia jest święta. Nie ma gorejącego krzewu. Ale jest gorejący człowiek, właściciel nowotworu, człowiek szlachetny, z wiarą, która góry przenosi. Czuję się przy nim taki mały. Tak bardzo bezradny…
W jego głosie znów słyszę inny głos. Rozbijający skały, miotający ogniem.
„Kogo mam posłać – słyszę – kto by Nam poszedł”?... (por. Iz 6,8b)
Boję się, patrzę na pana Narcyza i mówię w milczeniu ciężkim od lęku: „Oto ja, poślij mnie”… (por. Iz 6,8c).

 

Miłość Boga może być „brutalna”. Czego Bóg nie zrobi, by wyzwolić człowieka z tego, co go wewnętrznie ogranicza, paraliżuje, zabija?... Zrobi wszystko, nawet w przestrzeni cierpienia nie do zniesienia, ciężaru ponad nasze siły.

 

Możemy psychologizować, teologizować, filozofować… Tłumaczyć cierpienie na tysiące sposobów, logicznie i z klasą, metaforycznie i dosłownie. A ja za każdym razem, gdy zbliżam się do chorych, przynosząc im żywego Boga w Komunii Świętej widzę, że Chrystus wiszący na krzyżu, unieruchomiony i sparaliżowany bólem, dokonuje najwięcej… Choć analitycy rynku i mistrzowie „public relations” nie dopatrywali by się w tym wszystkim nic szczególnego, ważnego, mającego sens…

 

Człowiek złamany cierpieniem niczym sakrament, może stać się widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. I dlatego tak bardzo przeżywam te soboty, gdy Pan odwiedza wszystkich wiszących na krzyżu, poharatanych biczami zwątpienia, unieruchomionych gwoździami fizycznego i psychicznego bólu, wijących się nieporadnie w pościeli rozpaczy, wydających z siebie dźwięk bólu lub milczących śmiertelnie, jakby już każde słowo straciło prawo do sensu istnienia…


W cierpieniu człowiek ogołocony jest ze wszystkiego. Bezbronny, upokorzony, nagi… Gotowy na powstanie z martwych.


Oto wielka tajemnica wiary…


AUTOR:  Ks. Rafał J. Sorkowicz SChr

 

ŹRÓDŁO: http://www.sorkovitz.blogspot.com