Misje: Wśród boliwijskich Guarayos Drukuj
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 08 września 2013 02:41

Boliwia to piękny kraj, chociaż targany różnymi problemami społecznymi, religijnymi. Daje się jednak zauważyć to zainteresowanie wiarą chrześcijańską, ale na szczególną uwagę zasługuje dziedzictwo kulturowe. Na temat życia, problemów, kultury mieszkańców boliwijskiej miejscowości Urubichá i pracy misyjnej w Boliwii rozmawiałem z o. Kasprem Kaproniem - misjonarzem, który od 2011 roku pracuje na misjach w Boliwii a od grudnia 2012 roku pełni posługę proboszcza w parafii Matki Bożej Anielskiej w Urubichá, w regionie zamieszkałym przez Indian z plemienia Guarayos.

 

 

1. Pracuje ojciec na misjach w Boliwii, jak długo i czy jest to pierwsza placówka misyjna w życiu ojca?

 

Wydaje mi się, że warto na początek doprecyzować pojęcia takie jak: "praca misyjna", "ewangelizacja".​ Jest to szczególnie istotne w obecnym okresie, gdy bardzo dużo mówi się o potrzebie nowej ewangelizacji i gdy papież zaprasza nas, abyśmy wyszli z Ewangelią na peryferie. Dzisiaj Europa i kraje tradycyjnie chrześcijańskie stają się terenem misyjnym. Związane jest to z procesem laicyzacji lub wręcz neopogaństwa. Nie chciałbym, aby pojęcia "misje", "ewangelizacja" ograniczały się do dość uproszczonego wizerunku misjonarza wyjeżdżającego do odległego i egzotycznego kraju. Niejednokrotnie ewangelizacja we współczesnych wielkich metropoliach jest o wiele większym wyzwaniem, niż praca wśród rdzennej ludności Afryki, Ameryki Płd. lub Oceanii. Wśród mieszkańców tych odległych regionów istnieje naturalne odniesienie do strefy sacrum i otwarcie się na Boga nie stanowi większego problemu. Inaczej ma się to w sytuacji, gdzie człowiek za bardzo uwierzył w zdobycze nauki i techniki i siebie postawił w miejsce Boga. Dlatego też nie rozgraniczałbym posługi misyjnej i nie zawężałbym tego pojęcia tylko do pracy w odległych zakątkach świata. Oczywiście misjonarz pracujący w odległym geograficznie kraju musi zmierzyć się z pewnymi trudnościami takimi jak oddalenie od najbliższych, konieczność poznania nowej kultury, języka, itp. Są to trudności, które stanowią wyzwanie, jednakże sam przekaz wiary niejednokrotnie może być o wiele łatwiejszy w Boliwii niż w Warszawie.

 

 

 

Mówiąc o misjach w takim kontekście mogę powiedzieć, że cała moje kapłańska posługa miała charakter misyjny: najpierw cztery lata pracy duszpasterskiej w północnych Włoszech (San Remo); później studia specjalistyczne w Rzymie, podczas których miałem także okazję pomagać duszpastersko (posługa w charakterze spowiednika w sanktuarium maryjnym w Roccamonfina oraz posługa chorym w Poliklinice Gemelli). Po powrocie do kraju przez prawie trzy lata pracowałem w parafii na warszawskim Mokotowie (os. Wierzbno). Od lutego 2011 r. mieszkam i pracuję w Boliwii. Początkowo pracowałem wśród Indian Chiquitos w parafii katedralnej w Concepción. Od grudnia 2012 r., pełnię posługę proboszcza w parafii Matki Bożej Anielskiej w Urubichá, w regionie zamieszkałym przez Indian z plemienia Guarayos. Można powiedzieć, że moja kapłańska posługa misyjna rozpoczęła się wraz z dniem święceń kapłańskich, choć były to bardzo różne miejsca i w każdym z nich inna posługa. Natomiast, jeśli chodzi, o jakość i skuteczność tej posługi to już ocenę zostawiam Panu Bogu.

 

2. Czy taka praca na misjach jest dla ojca realizacją własnego powołania, czyli tym, co chciał ojciec robić w swoim życiu?

 

Nie chciałbym, aby zabrzmiało to zbyt patetycznie, ale cała historia mojego życia to wspaniała przygoda, gdzie Pan Bóg pisze scenariusz, a ja w miarę możliwości staram się jedynie nie przeszkadzać. I stąd przyszło mi pracować w miejscach, o których nawet nie śniłem, że kiedykolwiek je odwiedzę. Gdy byłem dzieckiem, w latach 80-tych, modne były w Polsce piosenki z festiwalu z San Remo. Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek przyjdzie mi zobaczyć to nadmorskie miasteczko w Północnych Włoszech. A to właśnie tam przełożeni wysłali mnie bezpośrednio po święceniach. Ukończyłem krakowskie Liceum Konserwacji Zabytków, gdzie zdobywałem wiedzę w latach 1986-1990. Uczyłem się o największych zabytkach starożytności, renesansu i baroku w okresie, w którym wyjazd do Rzymu, aby tam naocznie móc zobaczyć te obiekty, był przywilejem nielicznych. Studia specjalistyczne nie tylko umożliwiły mi zobaczenie tych miejsc, ale ponadto zajrzeć tam, gdzie tylko nieliczni mogą wejść. Poliklinika Gemelli znana mi była tylko z medialnych przekazów: szpital, gdzie leczył się Jan Paweł II. Na skutek splotu różnych wydarzeń dane mi było przez pewien okres czasu pełnić w nim posługę kapelana. Z okresu szkoły średniej pamiętam oskarowy film "Misja" opowiadający historię jezuickich redukcji wśród plemion Guaraní. Nawet w najśmielszych marzeniach nie myślałem, że kiedykolwiek dana mi będzie możliwość zobaczenia tych miejsc. A oto teraz pracuję na terenach dawnych redukcji jezuickich. Co jeszcze Pan Bóg ma w planach i jakie niespodzianki przygotował dla mnie? Najważniejsze to nie przeszkadzać mu i pozwolić mu, aby to On pokierował życiem. Na obrazku prymicyjnym napisałem słowa z Psalmu 37: "Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu. On sam będzie działał". (Ps. 37, 5). Myślę, że jest to recepta na szczęście.

 

3. Jak wygląda sytuacja Kościoła w Boliwii jak i w samej miejscowości, jaką jest Urubichá? Czy mieszkańcy Urubichá chętnie uczestniczą w życiu Kościoła: mszach, nabożeństwach?

 

Boliwia to duży i bardzo zróżnicowany kraj. Europejczykom kojarzy się on przede wszystkim z kulturą i rzeczywistością Płaskowyża Andyjskiego. Funkcjonujący stereotyp to kobiety w melonikach, kolorowe tkaniny, lamy, liście koki, itp. Oczywiście obraz ten pokrywa się z rzeczywistością,​ jednakże nie z regionem, gdzie pełnię posługę. Pracuję w Boliwii Orientalnej, w departamencie Santa Cruz, w regionie tropikalnym, w dorzeczu Amazonki. Różnice klimatyczne mają ogromny wpływ na kulturę, temperament, a także religijność mieszkańców. Wystarczy wspomnieć na przykład o zjawisku synkretyzmu religijnego, tak obecnym wśród mieszkańców Płaskowyża, a nieobecnym wśród mieszkańców tropiku. Ewangelizacja terenów Boliwii Orientalnej również przebiegała stopniowo. Miasto Santa Cruz zostało założone przez hiszpańskich osadników w 1561 r. W 1691 roku została założona pierwsza redukcja Towarzystwa Jezusowego wśród Chiquitos (San Javier); natomiast ewangelizacja plemiona Guarayos to okres pierwszej połowy XIX wieku i działalność franciszkanów.

 

Już tylko te fakty ukazują, że nie jest łatwo przedstawić i opisać sytuację religijną w Boliwii, jako pewnego monolitu. Jest ona bardzo różnorodna w zależności od regionu. Należy zwrócić jednak uwagę na wydarzenia ostatnich lat i politykę aktualnego prezydenta kraju, Evo Moralesa Ayma, który pod pretekstem deskolonizacji i walki o prawa ludności tubylczej, stara się wszelkimi sposobami podkopać zaufanie do Kościoła. Na mapie świata, gdzie przedstawione są miejsca, w których chrześcijanie są prześladowani, Boliwia jest oznaczona kolorem żółtym: nie dochodzi jeszcze do krwawych prześladowań, jednakże działalność Kościoła jest celowo utrudniania i dochodzi do aktów przemocy wobec chrześcijan. Od kilku miesięcy moi współbracia pracujący w największym sanktuarium maryjnym w Boliwii, w Copacabana, przebywają w areszcie domowym pod zarzutem kradzieży cennych wotów. Jedynym pretekstem do zatrzymania są oskarżenia, które padły z ust kapłanów tradycyjnej religii ludu Aymara. Rząd miał też bezpośredni wpływ na powstanie schizmatyckiego Kościoła skupiającego suspendowanych księży, który przyjął nazwę Odnowionego Apostolskiego Kościoła Katolickiego Wielonarodowego Państwa Boliwii. Władze państwowe wszelkimi sposobami starają się rozbijać jedność Kościoła i wprowadzają w błąd prostych ludzi. Propagowane są też kulty pogańskie (m.in. kult bogini ziemi: Pachamamy).

 

Mieszkańcy mojej niewielkiej Urubichá żyją z dala od tych wydarzeń i są mocno związani z Kościołem katolickim, a w sposób szczególny z franciszkanami. Niestety jednak i tutaj dociera polityczna propaganda, a to za sprawą jedynego programu telewizyjnego dostępnego na terenie wioski.

 

4. Boliwia to piękny kraj, ale też biedny, targany różnymi problemami społecznymi, konfliktami i przestępczością.​ Z jakimi problemami zmagają się najbardziej mieszkańcy boliwijskiej miejscowości Urubichá?

 

Okres chrześcijaństwa wśród Guarayos to okres 150 lat. To bardzo niedużo. Oczywiście porównanie nie jest najwłaściwsze, bo inna jest szybkość przemian i inny dostęp do informacji, ale wyobraźmy sobie Polskę 150 lat po przyjęciu chrześcijaństwa.​ Gdzie wtedy byliśmy i jakie wtedy było to nasze polskie chrześcijaństwo?​ Także i tu wiara jest jeszcze świeża, brak mocnych fundamentów, żywego odniesienia do Boga, często podstaw katechizmowych.

 

Największe problemy, z którymi się zmagamy dotyczą środowiska rodzinnego. W mojej wiosce można zobaczyć praktycznie tylko ludzi młodych. Średnia wieku w parafii nie przekracza 18 lat. Rodzice – najczęściej niepołączeni jakimkolwiek cywilnym lub kościelnym związkiem – wyemigrowali do miasta lub dalekiej Hiszpanii. Brak oparcia w środowisku rodzinnych jest główną przyczyną takich zjawisk jak narkomania, alkoholizm i epidemia AIDS. Niestety możemy poszczycić się niechlubnym prymatem w całym departamencie Santa Cruz, jeżeli chodzi o ilość zachorowań na AIDS. Bardzo wczesna inicjacja seksualna, nawet w wieku 12 lat, łączy się ze zjawiskami takimi jak aborcja i bardzo wysoki wskaźnik umieralności niemowląt. W Boliwii aborcja jest prawnie niedopuszczalna (obecnie rząd niestety chce wprowadzić nowe prawo dopuszczające zabijanie nienarodzonych dzieci), ale sami mieszkańcy stosują domowe środki poronne, które niestety bardzo często kończą się także śmiercią młodej matki. Jeżeli miałbym wskazać na problemu, z którymi muszą zmagać się mieszkańcy mojej wioski to wskazałbym na te, które dotyczą domowego ogniska.

 

5. Czy praca na misjach w takim kraju jak Boliwia niesie za sobą jakieś niebezpieczeństw​a? Jak przyjmują misjonarzy mieszkańcy Urubichá?

 

Ostatnio jeden z odwiedzających mnie gości skojarzył żartobliwie nazwę Guarayos z „gwarem raju”. I coś w tym jest. Mieszkańcy, choć potomkowie bardzo walecznego plemienia, które toczyło krwawe walki z sąsiadującymi Chiquitanos, to ludzie bardzo wrażliwi i serdeczni. Są to osoby uzdolnione artystycznie i są przyjaźnie nastawieni do przybywających gości i turystów. W Urubichá zresztą cała przyroda zdaje się być obłaskawiona. Klimat tropikalny i choć jest gorąco, to da się żyć.. Zdarzają się komary, ale nie ma malarii i innych chorób tropikalnych. Wokół rozciąga się dżungla, ale wypadki spowodowane przez dzikie zwierzęta i węże należą do rzadkości. Nawet kajmany, które żyją w niedalekiej rzece Rio Blanco, uciekają przed człowiekiem. Nad wodą zachwycają ogromne, kolorowe motyle. Wieczorem w fruwają świetliki. Ziemia rodzi wspaniałe owoce i nawet nie trzeba zbyt wiele się trudzić, by ją uprawiać. Miejscowi śmieją się, że ich głównym narzędziem pracy jest hamak: należy wrzucić ziarno w glebę, a następnie wylegiwać się w hamaku zanim coś wyrośnie.

 

Boliwia, a szczególnie ten region, w którym mieszkam to bezpieczny i przyjazny dla turystów kraj. Zapraszam w odwiedziny, bo naprawdę warto poznać ten region świata.

 

6. Mimo nienajlepszych warunków, w jakich żyją mieszkańcy Urubichá potrafią osiągać duże sukcesy. Skąd się bierze ta fascynacja i zamiłowanie do tworzenia muzyki? Czy to wpływ działalności ojców jezuitów?

 

Koniecznie trzeba doprecyzować jedną rzecz: Ewangelizacja Indian z plemienia Guarayos nie była dziełem jezuitów. Hardzi, waleczni Guarayos nie dali się ujarzmić na przełomie XVII i XVIII stulecia, gdy ich sąsiedzi Chiquitanos (na wschodzie) i Mojos (na zachodzie) pokornie przyjmowali wiarę przybyszów. Jezuici wielokrotnie próbowali ewangelizować Guarayos i włączyć ich w system organizacyjny redukcji, jednakże za każdym razem uciekali przedkładając niebezpieczeństw​o, ale i wolność dżungli ponad wszelkiego rodzaju zabezpieczenia, ale także obowiązki, wynikające z pobytu na misji. Ciągłe ucieczki i brak jakichkolwiek osiągnięć w ewangelizacji Guarayos doprowadziły do tego, że jezuici ostatecznie zaniechali dalszych wysiłków i stwierdzili: „Zostawmy ich, nie przyszedł jeszcze na nich odpowiedni czas".

 

Ten właściwy czas przyszedł w pierwszej połowie XIX wieku i łączy się nierozerwalnie z działalnością misyjną duchowych synów św. Franciszka. To oni założyli misje - redukcje, gdzie zaczęli gromadzić się Indianie żyjący do tego czasu w dżungli. Także i tym razem w ewangelizacji posłużono się narzędziem, które już wcześniej sprawdziło się wśród Indian Chiquitos, Mojos, Guaraní: muzyką. Naturalny talent muzyczny Guarayos, ale także wrodzone zdolności w innych dziedzinach sztuki i rzemiosła artystycznego (rzeźba, tkactwo, malarstwo) są fenomenalne. I to właśnie one współtworzą niesamowitą atmosferę tego miejsca: nieskażona cywilizacją przyroda, ubóstwo ludzi i lepianek krytych palmowymi liśćmi, a w tym wszystkim rozbrzmiewający dźwięk największych arcydzieł światowej muzyki. Przepiękny jest widok dzieci, często bosych, ale dzierżących w swych malutkich dłoniach skrzypce, niosących wiolonczelę, grających na klarnetach, obojach i innych instrumentach.

 

Mówiąc o zamiłowaniu Guarayos do muzyki warto także odnieść się do ich mitologii. Według pierwotnych wierzeń, po śmierci zmarły rozpoczynał długą podróż do krainy wiecznego spoczynku. W czasie wędrówki musiał pokonać liczne przeszkody, a pierwszą z nich była przeprawa przez głęboką rzekę, w której pływał niebezpieczny krokodyl. Ten niebezpieczny gad mógł zostać obłaskawiony muzyką i co więcej, to na jego grzbiecie, wędrowiec, który umiał grać na skrzypcach, mógł bezpiecznie przeprawić sie na drugi brzeg. Jednakże ten, kto nie umiał grać na instrumencie i nie nauczył się tej sztuki w doczesnym życiu, niestety kończył wędrówkę rozszarpany przez zwierzę.

 

Aktualnie na terenie parafii działa założony w1996 roku Instytut Muzyki i Rzemiosła Artystycznego „Coro y Orquestra Urubichá". To w nim dzieci, młodzież i dorośli zdobywają profesjonalne wykształcenie w zakresie średniej szkoły muzycznej oraz szkoły rzemiosła artystycznego (rzeźba, tkactwo, haft). Ponad 500 uczniów kształci się, zdobywa uznane przez władze oświatowe wykształcenie, a jednocześnie kultywuje rdzenne tradycje swojej miejscowości. Nasz „Chór i Orkiestra Urubichá" uznany jest na arenie międzynarodowej.​ Od lat uczestniczy w Festiwalu Muzyki Barokowej Chiquitos i w innych przeglądach w kraju i poza jego granicami (m.in. w Europie). Jest m.in. laureatem prestiżowej nagrodę Księstwa Asturii (2004 r.).

 

7. Czym oprócz tworzenia muzyki zajmują sie mieszkańcy Urubichá?

 

Rolnictwo jest tutaj na bardzo prymitywnym poziomie i zasadniczo zabezpiecza własne i to najbardziej podstawowe potrzeby mieszkańców. Uprawia się maniok, ryż, kukurydzę, banany. Mieszkańcy nadal zajmują się myślistwemi rybołówstwem, ale - podobnie jak w przypadku rolnictwa - możemy mówić jedynie o zabezpieczeniu własnych potrzeb. W okolicy nie istnieje żaden przemysł. Mieszkańcy emigrują w poszukiwaniu pracy do większych miast (najczęściej do Santa Cruz), gdzie mężczyźni znajdują zatrudnienie w budownictwie, a kobiety w pracach domowych (sprzątanie). Rozwija się rękodzieło artystyczne. Hamaki i torby o charakterystyczn​ych kolorach i wzorach tkane przez miejscowe kobiety są dość popularne wśród turystów i ich sprzedaż stanowi dość istotny zastrzyk finansowy dla domowego budżetu. Zjawiskiem, które napędza lokalną ekonomię, ale o bardzo poważnych konsekwencjach, także w wymiarze globalnym, jest sprzedaż i wyrąb drzewa. Charakterystyczn​y dźwięk mechanicznych pił karczujących amazońską dżunglę oraz huk ciężarówek wywożących wielkie zasoby drzewa to odgłosy umierającej przyrody i wraz z nią także naszej cywilizacji. W tutejszej rzeczywistości ekologia to nie teoria, lecz nasze być lub nie być na tej planecie.

 

8. Czy obecność ojców misjonarzy mobilizuje do głębszego przeżywania wiary i czy nauczanie Kościoła ma wpływ na zmiany w życiu chrześcijańskim i duchowym mieszkańców Urubichá? Czy te zmiany są widoczne?

 

Trudno oczekiwać z dnia na dzień jakiś wielkich zmian dotyczących na przykład zjawisk, o których już wyżej wspomniałem (alkoholizm, bardzo duża swoboda seksualna). I chyba nie chodzi o spektakularne sukcesy, lecz o stałą i systematyczną pracę. Przychodzą czasami momenty zniechęcenia i rezygnacji, ale Boża łaska pozwala przezwyciężyć chwile, kiedy w głowie rodzą się myśli typu: "i po co to wszystko, jak i tak nic się nie zmienia". Cieszyć może ogromne przywiązanie tutejszych mieszkańców do kapłana, a już szczególnie do franciszkanów. Oni nie mogą sobie wyobrazić, aby w wiosce zabrakło księdza, który dla nich odprawi Mszę Świętą. A ta obecność nie jest wcale pewna i oczywista. Tutejszy lokalny Kościół, jak też nasza franciszkańska prowincja, borykają się z poważnymi problemami personalnymi. Miejscowych powołań ciągle jest zbyt mało, misjonarze z Europy, w tym także i z Polski, już nie przyjeżdżają w tej ilości, co dawniej, część misjonarzy powraca, starsi odchodzą po nagrodę do Pana. Praktycznie każdego roku dokonują się bolesne wybory dotyczące zamknięcia kolejnej placówki. I wtedy na to miejsce przychodzą sekty, dość agresywne i oferujące bardzo prostą wizję świata. Moi parafianie już kilkakrotnie pisali listy i prośby do biskupa lub władz zakonnych z prośbą o stałą obecność duszpasterza w parafii. Na razie ich prośby zostają wysłuchane, ale biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności w ciągu najbliższych lat może dojść do sytuacji, że kapłan będzie tylko od czasu do czasu dojeżdżał do tej malutkiej wioski. Gorąco proszę o modlitwę o nowe powołania kapłańskie i misyjne.

 

9. Jakiej pomocy najbardziej potrzebują mieszkańcy Urubichá jak i innych boliwijskich miejscowości? Czy jakaś pomoc przychodzi i skąd najczęściej?

 

Tak jak wspomniałem powyżej najważniejsza jest pomoc personalna. Kościół w Boliwii prosi o robotników do pracy w winnicy Pańskiej. Dlatego tak ważna jest modlitwa o powołania. Dla mnie osobiście, jako franciszkanina jest czymś bolesnym, że najbliższy współbrat mieszka w odległości 40 km. Doskonale rozumiem specyfikę misji i przyjmuję tą sytuację, jednocześnie jednak uważam ten stan jedynie, jako przejściowy. Czuję się, bowiem powołany do życia we wspólnocie zakonnej.

 

Na szczęście obok jest dom sióstr zakonnych. Mieszkają tam trzy siostry zakonnej: dwie starsze i jedna młoda, odpowiedzialna za miejscowy szpital. Trochę brakuje mi pomocy w pracy duszpasterskiej.​ Bardzo chętnie przyjąłbym do pomocy wolontariusza.

 

Jeżeli chodzi o sprawy materialne to misja nadal utrzymuje się dzięki pomocy z zewnątrz. Wikariat Apostolski Ñuflo de Chávez , do którego należy parafia w Urubichá powstał w oparciu o struktury bawarskiej prowincji Zakonu Braci Mniejszych i prowincja ta przez długi czas nas utrzymywała. Obecnie jednak prowincja bawarska już nie istnieje (na terenie Niemiec funkcjonuje już tylko jedna prowincja naszego Zakonu), choć trzeba przyznać, że nadal otrzymujemy pewną pomoc z Niemiec. Z każdym rokiem jest ona jednak coraz mniejsza. Otrzymuję pewną pomoc z Polski. Pragnę na tym miejscu podziękować mojej macierzystej prowincji zakonnej z Krakowa. Od organizacji, jaką jest MIVA Polska (przy współpracy MIVA Austria) otrzymałem środki na zakup samochodu niezbędnego, aby dojechać do okolicznych wiosek i miejscowości. Otrzymuję pomoc od indywidualnych dobrodziejów. Jest to pomoc sporadyczna, która jednak uczy bezgranicznego zawierzenia w Bożą Opatrzność.

 

Piszę sporo pism i próśb do katolickich organizacji kościelnych zajmujących się wspieraniem działalności misyjnej. Muszę przyznać się, że nie zawsze rozumiem idee, które przyświecają niektórym z tych organizacji. Ostatnio od jednej z nich otrzymałem odpowiedź następującej treści: "nie zajmujemy się wspieraniem projektów o charakterze duszpasterskim, a jedynie o charakterze socjalnym". Innymi słowy jak będę chciał wybudować szkołę, ośrodek zdrowia lub studnię to mogę liczyć na wsparcie. Natomiast nie ma sensu nawet pisać próśb o wsparcie finansowe na działalność katechetyczną lub nawet na zakup benzyny, aby ksiądz mógł dojechać do wioski celem odprawienia tam Mszy świętej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, co za tym stoi. Przedstawiciel organizacji powiedział mi otwarcie: "Hasło budujemy szkołę dla biednych dzieci jest o wiele nośniejsze wśród dobrodziejów, niż odezwy, że brakuje środków, aby misjonarze mogli zwyczajnie pracować. Dobrodzieje chcą widzieć konkretny efekt złożonych datków: wybudowaną szkołę, ośrodek zdrowia. itp". Tylko czy w ten sposób nie stajemy się jedynie użyteczną organizacją pozarządową, ale już nie Kościołem (por. homilia papieża Franciszka do kardynałów w dzień po wyborze)? I po co jeszcze w nazwie tej organizacji słowa jak "misje katolickie"?

 

Potrzeby są oczywiście ogromne. Budynki na terenie mojej misji wymagają pilnego remontu. Marzy mi się stworzenie centrum i zaplecza duszpasterskiego​, gdzie dzieci i młodzież mogłaby bezpiecznie spędzać czas, nienarażone na niebezpieczeństw​a, jakimi są narkotyki i alkohol.

 

I oczywiście to, co najważniejsze w misyjnej posłudze i bez czego wszelka nasza praca staje się czystym aktywizmem. Mam na myśli pomoc modlitewną. Towarzyszy mi modlitwa sióstr Klarysek od Wieczystej Adoracji z Kęt i wielu osób, które w swoich modlitwach pamiętają o tutejszym Kościele. To najcenniejszy dar, jaki mogę otrzymać. I o ten dar w sposób szczególny proszę.

 

 

ŹRÓDŁO FOTOGRAFII: ALBUMY O. KASPRA - FACEBOOK

 

 

-------------------------------------------

 

 

Kasper Kaproń OFM — ur. 1971 r. Franciszkanin z krakowskiej prowincji Matki Bożej Anielskiej, doktor liturgiki. Przez kilka lat był duszpasterzem we Włoszech. W 2001—2007 odbył studia specjalistyczne na Papieskim Instytucie Liturgicznym św. Anzelma w Rzymie. Absolwent Studium Spraw Kanonizacyjnych Watykańskiej Kongregacji ds. Świętych. Po powrocie do kraju wykładał liturgikę w seminarium zakonnym Braci Mniejszych w Krakowie i pracował w duszpasterstwie w Warszawie. Od ponad dwóch lat pracuje na misjach w Boliwii, obecnie wśród Indian Guarayos.

 

 

Poprawiony: niedziela, 08 września 2013 09:11