|
Od 8 maja zaniemówiłem, nie mogłem wypowiedzieć myśli, które gdzieś w głębi serca tłukły się bezradnie, nie rozumiejąc samych siebie. Egzystencjalny bezruch, pomimo że minione prawie dwa miesiące wypełnione były licznymi wydarzeniami, nie dawał mi spokoju. A może nie chciałem, może lękałem się niespokojne myśli naruszyć słowem? Słowo nigdy nie jest w stanie opisać i wypowiedzieć myśli o przeszłości i jeszcze mniej zrozumiałe myśli o nacierającej z wielką mocą przyszłości.
Kiedy 8 maja, zanurzony w słońcu siedziałem na schodach przed klasztorem i wsłuchiwałem się w złowrogi warkot pił mechanicznych, wycinających drzewa na przeciwległym brzegu Prosny, nie dopuszczałem myśli, że najpiękniejsza wierzba przed klasztorem, która utrwaliła się mocno w mojej wyobraźni a jej obraz zapisałem na setkach fotografii, w najbliższym czasie może przestać istnieć.
Minęły dwa tygodnie… Gdy po parogodzinnej spowiedzi wyszedłem z konfesjonału i wróciłem do celi, usłyszałem znany mi, złowrogi warkot piły mechanicznej, a gdy wyszedłem przed klasztor, w dziwnie pustej przestrzeni zacząłem czegoś szukać…, mojej wierzby tam już nie było. Jej potężne konary zostały pokawałkowane i załadowane na ciężarówki. Niektóre jeszcze leżały w korycie rzeki i czekały na swój ostateczny los. Zrobiło mi się nieswojo i bardzo smutno. W emocjonalnym odruchu pomyślałem, że cóż tu po mnie, że będę musiał opuścić Wieruszów, wrócić do Mochowa, lub w jakieś inne, bardziej radosne miejsce. Uświadomiłem sobie wówczas, jak łatwo i mocno można się przywiązać do drzew. A cóż dopiero mówić o przywiązaniu się do osób?
Minęły kolejne tygodnie ciszy i bezruchu serca. W czerwcu - ostatnim miesiącu wiosny zaplanowałem część mojego urlopu. W pierwszym dniu lata dotarłem do Krakowa na Skałkę, a dzień później - w sobotę 22 czerwca znajdowałem się już w Jaworkach, u wylotu Doliny Potoku Skalskiego w Małych Pieninach. W pięknej drewnianej wilii byłem samiuteńki. Pierwsze trzy dni były upalne, przypominały mi słoneczne drzemki na schodach wieruszowskiego klasztoru sprzed sześciu tygodni. Z cierpliwością i bez emocji czekałem, a nuż się pojawi w umęczonej głowie jakiś temat z tej ziemi - ziemski i ludzki zarazem. A to, co jest ludzkie i doczesne – wiedziałem - lubi się często wymykać mojemu myśleniu i wykraczać poza doczesność, i sięgać Bożej rzeczywistości, a więc wieczności. I tak też było tym razem.
„Jan będzie mu na imię” (Łk 1, 63) - napisał na tabliczce Zachariasz i odzyskał mowę. To krótkie zdanie i myśl pojawiły się i utkwiły w mej głowie, bo to przecież dzisiaj Uroczystość Narodzin Św. Jana Chrzciciela…, 24 czerwiec.
Okoliczności są niezwykłe. Siedzę, bowiem na pięknym tarasie o barwie lipowego miodu i patrzę w górę doliny Potoku Skalskiego. Po prawej stronie, za wododzielnym grzbietem – niewidoczny stąd wapienny Wąwóz Homole, a po lewej, za wododziałem – malownicza Dolina Białej Wody. Cisza, samotność i gorące słońce. Daleko na stoku stado owiec spokojnie skubie trawę.
Przede mną, po prawie dwóch miesiącach milczenia, staje wydarzenie związane z narodzinami św. Jana, i odzyskaniem przez Zachariasza zdolności mówienia. Najpierw napisał jedno zdanie: „Jan będzie mu na imię”, a następnie odzyskał mowę. Ja też, więc wziąłem kartkę papieru i zapisałem to jedno, Zachariaszowe zdanie. I wierzę, że odzyskam zdolność wypowiadania myśli, rodzących się w sercu. I zacząłem pisać.
Okoliczności są niezwykłe z innego jeszcze powodu. Otóż, Basia, opiekunka domu, w którym przebywam jest w stanie błogosławionym i w tych dniach, zgodnie z medyczną statystyką, ma urodzić syna. Zdążyłem w Uroczystość Narodzin Jana Chrzciciela odprawić Mszę św. w intencji jeszcze nienarodzonego dziecka i jego rodziców. A błogosławiony czas rozwiązania dla Basi nadszedł za dwa dni, we wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Podarowaliśmy nowonarodzonego Matce Bożej, by go wzięła pod swoją nieustającą opiekę.
Życie i śmierć, to realia splecione ze sobą w jednej tajemnicy egzystencji człowieka. W dniu narodzin syna Basi otrzymałem wiadomość o 24-letnim Mateuszu, który w Uroczystość Narodzin św. Jana Chrzciciela odszedł w ramiona Miłosiernego Ojca, zaś Jego pogrzeb odbył się we wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy. O godz. 22-ej odprawiłem, więc drugą Mszę św. – za zmarłego Mateuszka, p. Zosię i całą jej, wypełnioną miłością rodzinę.
Nie byłoby w tym wydarzeniu niczego nadzwyczajnego, gdyby, nie pewne okoliczności, ukazujące tajemnicę Bożej obecności i działania w ludzkim życiu, oraz tajemnicę obecności człowieka w Bożych planach i zamysłach. Stan życia osób takich jak Mateusza medycyna określa jako wegetatywny, a więc, jak gdyby nie istniał kontakt pomiędzy jego światem i światem zewnętrznym. Możnaby próbować charakteryzować ten świat, trudny do odczytania, ale możliwy jest on do zrozumienia jedynie w świetle wiary i tajemnicy Bożego miłosierdzia.
24 lata godnego życia Mateusza możliwe były dzięki miłości jego matki i całej rodziny. Panią Zosię, Mateusza i jego siostrę Natalię, także poważnie chorą, poznałem ok. 5 lat temu w ich domu, w podkrakowskiej wsi Rzeszotary, podczas akcji pomocowej, na którą i mnie zabrano. Gdzie jest miłość, tam jest świętość. Obserwując p. Zosię nie sposób używać innych określeń, jak tylko święta osoba, święta matka, kobieta, tak Boża, że pojawia się w sercu pragnienie, by mieć w sobie coś z niej. Matka sześciorga dzieci, oddana im bez reszty, matka ukochanego Mateusza, który właśnie odszedł do Pana. Tajemnica wybrania i powołania Mateusza realizowała się w jego cierpieniu, ale równocześnie w niewyobrażalnej miłości p. Zosi, jego matki. Cierpienie i miłość splatały się w jedność podczas 24 lat ich obecności obok siebie i oddawaniu siebie nawzajem. Mateusz i p. Zosia stali się dla bardzo wielu ludzi zespolonym w jedno świadectwem miłosiernej miłości Boga. Nie sposób pojąć tego inaczej jak zanurzenie w łasce Bożej i zaufanie bez reszty Bogu i Jego niepojętym planom. Gdy przed laty trzymałem Mateusza za ręce i kładłem na nim swoje dłonie wypowiadając słowa modlitwy, nie wiedziałem, co mam mówić, ale ufałem, że Duch Święty wypowie to, co trzeba. I tak widocznie było, bo p. Zosia, gdy z nią ostatnio rozmawiałem wyznała, że tamte słowa poruszyły ją bardzo, zmieniły jej sposób myślenia i rozumienia ludzkich i Bożych spraw, związanych z Mateuszem i całą sytuacja rodzinną.
Ostatnie dwa miesiące były czasem pogorszenia się stanu zdrowia Mateusza, ale nie czasem zwątpienia i rezygnacji. Był to czas nieustającej nadziei na ‘TAK’ i zmagania się z chorobą. Ale był to także czas nawracania się lekarzy, pielęgniarek, znajomych, przyjaciół, czas przemiany serc. Bóg był znakiem obecności życia, miłości, radości i ogromnej wiary położonej w Mateuszu, jego matce, w miejscu gdzie się znajdowali. Rozmawiając telefonicznie z p. Zosią i z Iloną, która odkryła nowy i piękny dla siebie świat, odczuwałem, że uczestniczę w rekolekcjach z osobami świętymi i w niezwykłym miejscu. Poczułem się bardzo małym i nędznym w obliczu świętości osób dotkniętych i specjalnie pobłogosławionych przez Boga.
Mateusz nie wykazywał jakichś bardzo wyraźnych gestów i relacji, wobec osób, które przez ponad 20 lat pojawiały się przy nim. Ale był nieustająco otoczony wielką miłością najbliższych. Na koniec jego życia zdarzył się też najprawdziwszy cud. Kapelan szpitalny zwrócił się do Mateusza jak do człowieka rozumiejącego z zapytaniem, czy chce przyjąć Pana Jezusa, a on, ku zaskoczeniu kapłana odpowiedział na to gestem złożenia rąk. I przyjął Jezusa do swojego serca. Zawsze, gdy o tym myślę, czuję ścisk w gardle. Miłość Boga jest niepojęta, a Jego Miłosierdzie nie zna granic.
Wiele razy dzisiaj patrzyłem na miejsce, gdzie rosła potężna wierzba, a której już nie ma. Ale człowiek, to nie wierzba, nawet człowiek w stanie „wegetatywnym”, jak niektórzy mówią, nie jest jak drzewo. Jest ukochanym dzieckiem Boga, otoczonym przezeń niezwykłą miłością. Ma swój udział w niepojętych zamysłach Boskich i przemienia ludzkie serca, czyni je piękniejszymi. Takie zadanie podarował dobry Bóg Mateuszowi. Postawił go także na mojej drodze życia, aby nauczył mnie kochać. A ja proszę Boga, aby posłał Mateusza do tych, którzy lękają się miłości i także nie umieją kochać.
Wszystkich, którzy czytać będziecie ten felieton błogosławię przez ręce i serce Maryi.
O. Ludwik
24 czerwca – 1 lipca 2013 r.

|