ROZUM POTRZEBUJE POKORY PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 04 sierpnia 2013 02:36

Lenistwo intelektualne

 

Powszechnie znane jest powiedzenie: „Gdy rozum śpi, budzą się demony”. Rzeczywiście, wystarczy bezmyślność lub lenistwo intelektualne, by człowiekiem, wspólnotą ludzi, narodem, cywilizacją, a nawet Kościołem zawładnęły jakieś demony. Mogą być to demony uprzedzeń, pomówień lub krzywdzących stereotypów czy też złośliwy, natrętny demon zachowań inkwizytorskich albo demon chciwości, który w miejsce „być” inteligentnie i chytrze wstawia „mieć”. Innym razem pojawi się demon narcyzmu, z towarzyszącą mu najczęściej straszliwą zniewieściałością i skłonnością do zadawania bólu bliźnim, których jedyną winą jest ich obecność lub demon zaślepienia, który pozostaje głuchy na jakąkolwiek argumentację czy wreszcie demon gniewu, sprawiający, że człowiek staje się niszczycielskim monstrum, gotowym zabijać i burzyć cudze światy w imię swoich megalomańskich ambicji itp.

 

 

 

W Pierwszej Rzeczypospolitej król bił medale dla tych, którzy wykazywali prawdziwą odwagę myślenia i okazywali się myślącymi pośród bezmyślnych. Nie skąpił ich także tym, którzy mieli odwagę myśleć inaczej niż panujący i niezależnie od ceny, jaką przyszło im płacić, zachowali myśl nieskażoną, niezależną, niepodległą żadnej władzy ani żadnym aliansom. Doceniał ludzi wybiegających myślą dalej od innych i gotowych ponosić ryzyko myślenia. Mógł być wśród nich zarówno uczony, jak i błazen, ważne było jedno: „szlachectwo intelektualne”, czyli przenikliwa zdolność oceny rzeczy, zdarzeń, a przede wszystkim osób. Nie wynikało ono formalnie z zajmowanego stanowiska i miejsca w hierarchii społecznej, ale z wrodzonego geniuszu i odwagi. W 1771 r. medalem Sapere auso, czyli Temu, który odważył się być mądrym został wyróżniony przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego „patriarcha” polskich pijarów, niejaki Stanisław Konarski – dramatopisarz, poeta, tłumacz, wydawca, pedagog, reformator szkolnictwa i założyciel Collegium Nobilium. Jaka szkoda, że dzisiaj nikt nikomu nie wręcza takich medali. Nawet nikt o nim nie wspomina. Nawet nie próbuje oswoić lub przekonać do jego sensowności. Nastały czasy zdalnie sterowanej, zbiorowej głupoty. Elity wolą ulegać intelektualnemu lenistwu i zarażać nim innych. Miejsce medalu Sapere auso zastąpiły statuetki: fryderyki, wiktory, telekamery, złote kaczki itp. Niebezpieczny to świat, w którym wygląd, w dużej mierze stylizowany przez kosmetyki, operacje plastyczne, modę i media, wystarcza za myślenie.

 

Myślenie, które zabija i ożywia wiarę

 

Przykładem człowieka, który najpierw stracił wiarę na drogach myślenia, a potem ją na tych samych drogach odzyskał, może być Karol de Foucauld (1858-1916). Mając pięć lat, w odstępie kilku miesięcy, stracił oboje rodziców. Interpretując ten fakt jako niezasłużoną krzywdę, a więc niesprawiedliwość, doszedł do wniosku, że Bóg nie jest miłością, skoro w tak okrutny sposób eksperymentuje ze swoimi dziećmi. Do końca swoich dni będzie czuł głód serca i ponosił tego konsekwencje. Pobożnie przyjmie Pierwszą Komunię Świętą, a potem, jak napisze w swoich wspomnieniach, przez dwanaście lat w nic nie będzie wierzył, niczemu nie będzie przeczył. Zacznie żyć zwątpieniem, obok wszelkich spraw związanych z religią: „Religia, która każe wierzyć, że 3 równa się 1, wydawała mi się nie do przyjęcia. Miałem siedemnaście lat, gdy rozpocząłem drugi rok kursu u jezuitów przy rue des Postes. Chyba nigdy nie byłem w równie opłakanym stanie ducha. Nawet jeśli dawniej robiłem w pewnym sensie gorsze rzeczy, wówczas obok zła było we mnie jakieś dobro. Natomiast w wieku 17 lat stałem się już całkowitym egoistą, pełnym pychy, bezbożności, dążności do zła, jakbym uległ szaleństwu… Lenistwo moje osiągnęło taki stopień, że nie chciano mnie tam trzymać”.

 

 

Nie dziwota! Karol był dzieckiem swojej epoki. Jego myślowy horyzont wyznaczali: Zola, Renan, Wolter, Kant, Hegel, Comte, Kartezjusz, Montaigne, których znał z pism. Ulegał, jak większość francuskiej inteligencji, ich antyklerykalnym poglądom. Nigdy się nie dowiemy, czy trauma utraty rodziców czy też mody intelektualne uczyniły z niego sceptyka, by nie powiedzieć – nihilistę. Kluczowym momentem okazała się wojskowa ekspedycja dla stłumienia rebelii w Południowym Oranie i związane z nią doświadczenie pustyni. Pustynia dosłowna, saharyjska, pełna piasku i fatamorgany, ale także ta metaforyczna, polegająca na wewnętrznym smutku i pustce egzystencjalnej, podziałają niczym katalizator. Karol zacznie myśleć inaczej. Niewątpliwą pomocą, a mówiąc wprost – prawdziwą łaską, okażą się dwie wspólnoty wierzących ludzi: żydowska i muzułmańska. W liście do Henryka de Castries napisze: „Widok tych ludzi, żyjących w stałym poczuciu obecności Bożej, pozwolił mi dostrzec coś większego i prawdziwszego niż zajęcia, którymi zajmuje się świat”. I to obudzi w nim tęsknotę za Bogiem, która już go nigdy nie opuści. W Paryżu, po powrocie z wyprawy do Afryki, niezwykłym światłem będzie kontakt z głęboko wierzącymi, którzy byli zawsze, ale których Karol zaczął dopiero odkrywać. Po latach napisze: „Gdy w Paryżu szykowałem do druku sprawozdanie z mej podróży, znalazłem się w otoczeniu ludzi inteligentnych, cnotliwych i dobrych chrześcijan. I począłem myśleć, że może religia nie jest absurdem[…] Ty, Panie, natchnąłeś mnie myślą, aby poszukać książek o chrześcijaństwie. W ten sposób zaznajomiłeś mnie z tajemnicami wiary… Czułem potrzebę samotności, rozmyślania i poważnej lektury. Duszę miałem niespokojną i strwożoną, pożądałem prawdy i wtedy cisnęła mi się na usta modlitwa: Mój Boże, jeśli istniejesz, daj mi się poznać”. Ciekawe, że szukając prawdy, a więc czegoś, co może być zaspokojeniem rozumu, zaczęła w nim kiełkować modlitwa, która przecież jest aktem wiary nasycającym duszę!

 

Całą drogę poszukiwań Karola de Foucauld można streścić następująco: szukał, by zwątpić, zwątpił, by znów szukać, a znajdując ostatecznie podporządkował całe życie poznanej prawdzie. O swoim nawróceniu i świadomym podporządkowaniu się poznanej tajemnicy pisał: „W tej chwili, w której uwierzyłem, że Bóg istnieje, zrozumiałem, że nie mogę żyć inaczej, jak jedynie dla Niego. Moje powołanie zakonne datuje się od tej samej godziny co Wiara. Bóg jest wielki! I taka olbrzymia różnica pomiędzy Bogiem a wszystkim, co Nim nie jest”.

 

Bywa więc myślenie bluźniercze, zuchwałe, które sprawia, że człowiek odwraca się od swojego Stworzyciela i Zbawcy. I bywa takie, które pozwala do Niego wracać!

 

Myślenie, które myli człowieka

 

Warto jeszcze zająć się myśleniem, które wydaje się niegroźne, a jest naprawdę zabójcze. Myśl, która pojawia się niczym wilk w owczej skórze. Takiej myśli hołdują wszelkiej maści heretycy. Nigdy nie byli i nie są nieukami. Nie należą do ludzi, którzy oddają się intelektualnemu lenistwu ani do tych, którym jest wszystko jedno. Wprost przeciwnie – bywają pełni pytań, ciekawi tajemnicy, wrażliwi, często nieprzeciętnie utalentowani i na swój sposób charyzmatyczni. Mają wystarczająco dużo odwagi, ale brakuje im rozwagi. Do pewnego momentu kieruje nimi troska o czystość wiary i dobro wspólnoty wierzących, ale w pewnej chwili idą o jeden krok za daleko. Swoją intuicję, hipotezy, wnioski i poglądy stawiają wyżej niż doświadczenie i zmysł wiary Kościoła. Osobistą, subiektywnie rozumianą doskonałość uznają za kryterium rozstrzygające. Odwaga przeradza się u nich w zuchwałość. Heretycy niesłusznie uznają, że wiedzą więcej od innych, w rzeczywistości wiedzą o wiele mniej. Błąd nazywają odkryciem i na nieszczęście proponują go innym. Uważajmy, bo niezwykle łatwo stać się heretykiem w świecie wszechobecnego relatywizmu.

 

 

 

AUTOR:  Ks.Ryszard Winiarski

 

 

ŹRÓDŁO: http://www.nepomucen-dorohusk.pl

Poprawiony: niedziela, 04 sierpnia 2013 03:09