Detoks z Jezusem i bodziec do wiary PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
piątek, 12 października 2012 19:17

Jest takie przeświadczenie wśród młodych, że średnia wieku ludzi przychodzących do kościoła wynosi 50+. A to znaczy, że normalny młody nie znajdzie tam nic interesującego, z pewnością będzie długo, a ksiądz będzie nudził. Uważny obserwator zorientuje się, że na mszach młodzieży jest jak na lekarstwo. Nie chodzi jednak o omijanie kościołów, ale mijanie się z Chrystusem w ogóle.

 

Zacznijmy od samego podejścia do wiary. Faktem jest, że nie zbawia samo chodzenie do kościoła i klepanie formułek. Zbawia indywidualna i osobowa znajomość z Jezusem. Można kolekcjonować autografy w indeksie przed bierzmowaniem i ani razu nie spotkać Tego, w którego wiarę chce się umocnić.

 

No dobrze, ale jak spotkać Chrystusa? Nie wiem - nie mam gotowej recepty. Ale może warto zacząć od regularnych spotkań z Przyjacielem - rozmowa przez 60 sekund, tuż przed zaśnięciem. Tam, gdzie jest modlitwa, tam zmienia się serca i moje nastawienie. Jezus jest Osobą i potrzebuje czasu z twojej strony.
Gdy ktoś spotka się z Jezusem, po jakimś czasie zafascynuje się drogą, która jest wymagająca, ale okazuje się, że... sensowna. Okazuje się wtedy, że przykazania to nie kłody rzucane pod nogi przez Boga, a w Kościele znajdzie coś dla siebie. Dlaczego tak jest? Nie wiem - na tym polega fenomen tej Przyjaźni. Znika złudzenie, że zbiera się tu kółko wzajemnej adoracji albo stare dewotki. Zaczyna się przygoda. Wymagająca, ale satysfakcjonująca. Kształtująca charakter, dzięki czemu masz kontrolę nad samym sobą i światem wokół.

 

Przeczytałem ostatnio genialną książkę. O człowieku, który - jak pisze - miał w swoim życiu wycieczkę do piekła i z powrotem. Brian HeadWelch to gitarzysta, założyciel rockowego KORNu. Nie boi się opowiadać o swoich upadkach, aby potem z większą pewnością mówić o powstawaniu.

 

W lekkiej autobiografii opisuje swoje dzieciństwo, młodość, pierwszy speed, gnicie w pornografii, imprezy, klimat na trasach koncertowych i dom, w którym ciągle brakowało miłości i prawdy. Teoretycznie powinien się świetnie bawić, zmierzając na szczyt biznesu. Ze zwykłego chłopaka stał się gwiazdą rocka. Jednak w głębi duszy czuł się przygnębiony. Nie dawał po sobie poznać, że jest nieszczęśliwy. Zakładał ulubioną maskę. Jak pisze, upijanie się i robienie z siebie głupka było jedynym sposobem na życie, jaki znał. 

 

Pewnego razu matka jego kumpla opowiedziała mu o Jezusie. Za parę dni Head uklęknął w łazience i modląc się, przyjął Go do swego (i tak już marniejącego) życia. Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Nie był świadomy, że rozpoczął się pewien proces, na owoce którego czekał ok. 20 lat.
Ktoś mu przyniósł Biblię. Myślisz, że od razu wziął się za medytację? Nic takiego – odstawił ją na półkę i wciągnął kreskę. Na początku nie rozumiał wiary, więc szybko się zniechęcał. Ktoś inny nieco go przymusił do oddania życia Chrystusowi. Zgodził się, ale w duchu obiecał sobie i tak sięgnąć po narkotyki. Dotrzymał słowa.

 

Pewnego dnia znalazł się w kościele. Fragment z Ewangelii wg św. Mateusza, gdy Jezus wzywa utrudzonych, aby do Niego przyszli i uczyli się łagodności, tak nim wstrząsnął, że życie zaczęło się zmieniać.
Po ostatniej działce, spuścił amfę i rozpoczął detoks z Jezusem. Skończyły się depresyjne myśli. Po kilku dniach odosobnienia mógł rozpocząć nowe życie. Wszystko dokonywało się stopniowo. Cały czas rozmawiał z Panem. Odwyk od metaamfetaminy wiąże się z głęboką depresją. Przekonanie, że musi po nią sięgnąć, bo inaczej nie przeżyje, ustąpiło miejsca instynktowi, że chce dać szansę Jezusowi. W między czasie były wzloty i upadki (np. kilka porcji drugów znalazł w starej torbie podróżnej i nie mógł się powstrzymać od zaćpania).
W czasie modlitwy wspomina odlot, jakiego wcześniej nie zaznał. Czuł obecność Boga.

 

Żeby coś pobudzić do reakcji potrzeba bodźca. Takim bodźcem są różne akcje organizowane przez ludzi zakorzenionych w Kościele. Nie chodzi o happening, o jakiś show. Sacro show to zwykły kicz – mało przekonujący. Nie o takich akcjach mówię. Ostatnie lata obfitowały w wydarzenia, po których rodziło się dobro: Lednica, ŚDM,Taize, Przystanek Jezus albo te z własnego podwórka: wieczór chwały w parafii, dyskusyjny klub filmowy, wyjazd w góry lub liczne ewangelizacje, których było dużo w ostatnim czasie. Po owocach je poznacie. To nie powód do robienia statystyk, ale bodziec do ożywienia wiary. Doświadczenie akcji pokazuje, że młody chce być blisko Jezusa. Ktoś go przyciąga.

 

Mam dobrego kumpla, jeszcze z czasów ogólniaka. W kościele pokazuje się kilka razy w roku. Pewnego dnia przyszedł na Adorację Krzyża, organizowaną w Kościele Seminaryjnym. Powiedział, że chyba dostał w pysk od Boga, żeby coś zmienić w życiu. Wszedł do kościoła. Po godzinnej modlitwie był w szoku, że obok niego było tyle ludzi młodych (spodziewałem się samych dziadków) i modlitwa go ruszała (przecież zazwyczaj to smęty). No tak – pomyślałem – przez lata nie doświadczał Jezusa i tak na serio nie znał Kościoła.

 

Może tamta chwila była bodźcem do pobudzenia wiary? Wiara jest postawą, a nie uczuciem, które może okazać się przelotne. Teraz liczy się chęć podjęcia wyzwania: zdecydowanie się na przygodę z Jezusem.

 

W Kościele jest miejsce dla ciebie! Od zwyczajnych ludzi – takich jak ty – zależy, jaki będzie Kościół. Na dobry początek warto znaleźć sobie małą grupę w parafii – ludzi w podobnym wieku, może podobnymi zainteresowaniami i stylem. Dobrze jest znaleźć wspólną paczkę, która wyznaje swoją wiarę! Jest Ruch Światło Życie (popularnie brzmiąca Oaza), ministranci i lektorzy, Odnowa w Ruchu Świętym i masę innych grup, które zakładają księża pracujący z młodzieżą.

 

O.S.T.R. śpiewa: Znów następny dzień daje powód mi by zebrać myśli, i zapytać o to Ciebie się znów. Się dowiem, jeśli będzie mi pisane, bo wiarę mam w sobie, kiedy klęczę nie kłamię.W Kościele być może brakuje ważnej osoby – ciebie. Zainteresuj się twoim Kościołem. Wybierz się na wędrówkę i odnajdź Jezusa.

 

 AUTOR: kl. Kamil Falkowski

 

źródło:

baner