Ofiara z życia na 25 lecie pracy Sióstr Dominikanek w Kamerunie - wspomnienie o siostrze Lidii Janinie Szulc PDF Drukuj Email
Wpisany przez TOMASZ32-VAD   
niedziela, 02 września 2012 03:53

 

Siostra Maria Lidia Janina Szulc urodziła się 15 kwietnia 1954 r. w Kętrzynie, w województwie gdańskim. Mając 18 lat wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr św. Dominika. Profesję zakonną złożyła 8 sierpnia 1973 r. a wieczne śluby w r.1979. W Polsce pracowała jako katechetka dzieci i młodzieży. Gdy otworzyła się możliwość pracy na misjach, siostra Lidia natychmiast się zgłosiła i razem z innymi siostrami zaczęła się przygotowywać do wyjazdu. 14 czerwca 1987 roku stał się dniem wyjątkowym dla naszych pierwszych 4 misjonarek, bo otrzymały krzyże misyjne z rąk Ojca Świętego Jana Pawła II. 4 lipca tego roku odleciały do Kamerunu aby 7 lipca dotrzeć do parafii położonej na granicy z Centralną Afryką – Garoua Boulai. Tam rozpoczęły swoją pracę.

 

S. Lidia, od początku podjęła z wielką energią pracę duszpasterską i katechetyczną. Weszła z katechezą do państwowego liceum w Garoua Boulai, tak pełnego młodych różnych wyznań i powoli zdobywała ich dla Chrystusa! Z roku na rok miała coraz więcej korzystających z katechezy!Ale cały entuzjazm i gorliwość misjonarska siostry Lidii można zobaczyć w jej działalności ewangelizacyjnej we wioskach rozsianych wokół Garoua Boulai. W niektórych wioskach byli już chrześcijanie, ale w wielu ich nie było. Aby wiec wejść niejako na teren tych wiosek, s. Lidia razem z s. Elektą brała leki i jechały do tych wiosek leczyć chorych, których nie było stać na przyjazd do miasteczka...Siostry były wszędzie mile przyjmowane, raczej z ciekawości niż z potrzeby. Ludzie zbliżali się do nich zainteresowani białymi siostrami, które chcą leczyć ich chorych i tak następowały pierwsze zbliżenia do ludzi, oswojenie a z czasem zaczęły się z ich strony pytania... S. Lidia zaczęła potem regularnie jeździć do tych wiosek aby ich przygotowywać do chrztu.   To była euforia jak za czasów pierwszych chrześcijan! Cale wioski przyjmowały chrzest, potem bierzmowanie i to s. Lidia ich do tego przygotowywała! Była niezmordowana w takich sytuacjach i tak pełna zapału! Gotowa spać gdziekolwiek bądź, jeść co będzie, aby tylko być z ludźmi, którzy jej potrzebowali. Po trzech latach energicznej pracy odjechała do Belgii, by pogłębić wiedzę teologiczną, po czym przez rok pracowała w Poznaniu.

 

W 1992 r. wróciła do Garoua Boulai jako przełożona domu, gdzie pracowała 4 lata, do wyjazdu do Bertoua. Wkraczała bardzo energicznie w różne sytuacje życiowe tutejszych ludzi, dla ich dobra. Nie bala się uroków, złamania ich zwyczajów, które uważała, że nie są dobre, magii czy ich marabou - coś w rodzaju czarnoksiężnika. Potrafiła przekonywać z całą swoja siłą! Jak pogrzeb prawdziwie chrześcijański jednego z katechistów, gdzie ludzie chcieli realizować swoje zwyczaje czy przerwać okrutne zwyczaje , gdy rodzą się bliźniaki, itd. A wierzenia w czary i złe duchy tutaj są bardzo silne i trzeba mieć naprawdę silną wiarę , aby stanąć przeciwko tłumowi.  Choć sama weszła w ich drobne zwyczaje, jak na przykład spożywanie ich potraw, bardzo lubiła bule manioku, mówiła, że nie może bez niej żyć a nawet spożywała ją rękoma, tak jak jedzą tutejsi ludzie, to jednak, gdy trzeba było walczyć o obronę chrześcijańskich wartości, to miała odwagę Apostołów. Podnosiła wtedy głos i zdecydowanie, z gestykulacja, wyprostowywała skrzywione ścieżki. Była w każdej sytuacji katechetką. Nie tylko w szkole, we wiosce ale wszędzie.

 

Była zresztą odpowiedzialna długie lata za katechistów, i w parafii Garoua Boulai jak i w Bertoua. Organizowała dla nich sesje, sprawdzała ich prace, przepytywała dzieci, czy są dobrze przygotowane do przyjęcia sakramentów. A katechiści, nie mający często żadnego przygotowania katechetycznego, często leniwi i nie zabiegający o chwale Boga, byli dla niej ciężkim orzechem do zgryzienia. Bez nich jednak nie można było normalnie pracować. Parafie byle olbrzymie, ponad 100 km i po ludzku to było niemożliwością docierać do wszystkich wiosek i prowadzić samemu katechizacje dzieci i młodzieży. Choć przygotowywanie do bierzmowania lubiła przeprowadzać sama i potem na sama uroczystość przyjęcia tego sakramentu organizowała pielgrzymkę młodych do Garoua Boulai czy Bertoua aby wspólnie go przyjąć z rąk biskupa.

 

Sama s. Lidia stwierdziła w jednym z swoich listów, ze trzeba starać się być na nogach ile tylko sił starczy.  Taka praca cieszy, mimo, że owoce prawie żadne – jak na razie i stan duchowy chrześcijan we wioskach jest opłakany. To był jej ból, który ją mobilizował ciągle do tak wytężonej pracy.

 

W innym liście s. Lidia pisała: „Na obydwu placówkach mamy pracę duszpasterską, w którą jest zaangażowana s. Tadeusza, s. Nikola i ja. Naszą troską jest kształcenie katechetów, bo same nigdy nie zdołałybyśmy sprostać potrzebom a jest ich wiele: katecheza w szkołach średnich, przygotowanie dzieci i młodzieży do sakramentów chrztu i Komunii świętej oraz bierzmowania, animacja różnych grup katolickich na poszczególnych misjach. Są grupy dziecięce, młodzieżowe i dorosłych. Wszyscy chcą mieć za opiekuna siostrę zakonną. Nasza misja mieści się w dzielnicy dużego miasta Bertoua i należy do niej jeszcze 20 wiosek w promieniu 160 km. Dojazdy do wiosek są często bardzo trudne, bo drogi są złe, a w porze mokrej często nieprzejezdne, wyboiste, dziurawe i do tego bardzo śliskie. W naszej misji, a zwłaszcza na wioskach, ludzie są bardzo wdzięczni i cieszą się, że mają siostry. Bardzo czekają na nasze przyjazdy i ciągle nam wyrzucają, że za rzadko ich odwiedzamy. Staram się być w każdej wiosce raz na miesiąc, ale jest to jeszcze za mało. Co robię na wioskach? Otóż każdy mój przyjazd jest ogłaszany wcześniej. Dorośli, dzieci i młodzież czekają już w kaplicy, śpiewają, modlą się. Najpierw mam krótką katechezę dla wszystkich, potem oddzielnie poszczególne grupy. Dorośli - Legion Maryi, potem młodzież i dzieci. Do tej pory byłam sama i było mi trudno, bo niektóre grupy musiały czekać na swoją kolej godzinę a czasem i więcej. Od lutego była z nami s. Nikola, która przyjechała z Garoua-Boulai i obydwie jeździłyśmy na wioski. Ona brała dzieci przygotowujące się do chrztu św. i Pierwszej Komunii. Przygotowanie to robią katecheci, i trwa ono przez 3 lata. Siostra egzaminuje dzieci, dopowiada to, co katecheci nie zrobili, czasem prowadzi lekcje pokazowe dla katechetów. Ja zajmuję się w tym czasie młodzieżą, która przygotowuje do bierzmowania. "

 

W roku 2001 została skierowana na nową placówkę na Eni (Bertoua), gdzie organizowała różne sesje i formacje dla młodych sióstr w okresie formacji z różnych Zgromadzeń a po zamknięciu tego domu, wraz z postulantką Marcelle, wróciła do Garoua Boulai, gdzie w 2007 r. została mianowana na nowo przełożoną tej wspólnoty. Cała działalność katechetyczna to nie wszystko co s. Lidia robiła. Jej sercem była jeszcze młodzież, tam wszędzie gdzie pracowała jak i Legion Maryi. Wszędzie miała młodych kolo siebie. S. Lidia uwielbiała wyprawy z młodzieżą, sama lubiła chodzić i starała się jak mogła, aby wszyscy byli zadowoleni. Organizowała pielgrzymki, sesje dla nich, wyprawy do pobliskich ciekawych miejsc, przedstawienia teatralne, szczególnie Męki Pana Jezusa, ale i Jasełka, o św. Dominiku czy Pawle ale nade wszystko modliła się z młodymi i dawała dobry przykład nieustannej modlitwy.

 

S. Lidia była praktycznie prawie cały czas, od początku swojego przyjazdu do Kamerunu, zaangażowana w pracę Legionu Maryi. To od s. Lidii uczyły się pozostałe siostry, jak pracować z Legionami! To dzięki s. Lidii prawie w każdej wiosce była grupa Legionu, która zbierała się regularnie raz w tygodniu, aby odmawiać różaniec, modlić i rozważać Słowo Boże ale i pracować apostolsko w swoim otoczeniu. Prace tych grup bardzo koordynowała i była w tym bardzo wytrwała. Co tydzień wyjeżdżała do kolejnej grupy, aby być z nimi i dodawać entuzjazmu. Ale te prace można tylko zrozumieć, wiedząc jak daleko sięgały te wioski i jak okrutny był stan dróg, aby tam dotrzeć. Ile razy musiała grzęznąć w błocie, ile razy pokonywać nieskończone przeszkody, aby tam być.

 

Pracowała dla chwały Boga i cieszyła się wzrostem liczebnym Zgromadzenia. Była otwarta na dziewczęta, które z zainteresowaniem przyglądały się jej pracy, wciągała je do pracy nad zbawieniem dusz a z czasem stała się nawet odpowiedzialna za ich formację zakonną, będąc mistrzynią postulatu. Miała z tymi młodymi dziewczętami kontakt bardzo bliski a jednocześnie była dla nich wielkim autorytetem. Aż trudno wymienić wszystkie dzieła s. Lidii. Była ona naszym „inżynierem” budownictwa, jak ją żartobliwie nazywałyśmy. To potrzeba i duch rezolutności sprawił w niej, że stała się takim mistrzem w tej dziedzinie, tutaj w Kamerunie.

 

Zaczęła od wybudowania przedszkola w Bertoua 12 lat temu a potem było przedszkole w Garoua Boulai, postulat, odnowienie wszystkich budynków szkolnych w Garoua Boulai, a wreszcie olbrzymie dzieło wybudowania kompleksu szkolnego Szkoły Technicznej w Garoua Boulai, która była marzeniem ks. biskupa van Heygena i została nazwana zresztą jego imieniem - College im. Van Heygena. Tam pokazała swój geniusz budownictwa. To było ileś tam budynków szkolnych ale i cale zaplecze techniczne i administracyjne. Tym żyła praktycznie w ostatnich latach. Projekt budowy Szkoły Technicznej był finansowany przez jedną z włoskich organizacji charytatywnych.

 

Aby ukazać, że to nie wszystko, to trzeba także pokazać jej wielką wrażliwość na ludzka biedę.... Na biedę małych dzieci, jej młodych, ludzi na wioskach i często była gotowa im pomóc. Nie przechodziła obojętnie obok potrzebującego. Stąd także jej zainteresowanie dziećmi i młodzieżą, którzy nie mieli środków na pójście do szkoły. Razem z innymi siostrami włączyła się w dzieło zdobywania środków na tzw. adopcje serca tych dzieci. To miłość do nich, swoich dzieci i młodych za których była odpowiedzialna popchnęła ja do wyjazdu do Bertoua 28 sierpnia 2012, aby zrobić dla nich wielkie zakupy zeszytów, książek, tornistrów i innych przyborów szkolnych, pomimo że była tak zmęczona i chorowita ostatnimi dniami.

 

Data rozpoczęcia roku szkolnego się zbliżała, wiec była gotowa na wszystko, aby tylko ofiarować to dzieciom. Ponieważ zdawała sobie sprawę, że nie będzie w stanie poprowadzić samochodu w obydwie strony (zakupy robiła w Bertoua, 240 km od Garoua Boulai), poprosiła jednego z kierowców, który ją często wyręczał w tym i w drodze powrotnej do domu, około godziny 14, z samochodem pełnym zeszytów i książek, zginęła w wypadku zderzenia się z olbrzymią ciężarówką jadącą z naprzeciwka... Kierowca ocalał, ona została wyrzucona z samochodu i mocno połamana.

 

Pogrzeb odbędzie we wtorek 11 września. Zostanie pochowana w Kamerunie, tak jak prosiła, na terenie swej pierwszej placówki misyjnej, kolo Groty Matki Bożej kolo domu sióstr, tam gdzie mieszkała, w Garoua Boulai.

 

Pozostanie w pamięci jako niestrudzona, pracowita i oddana wszystkim potrzebującym misjonarka, katechetka i kochająca siostra.

 

S. Tadeusza Frąckiewicz, Kamerun

Poprawiony: niedziela, 02 września 2012 04:32